niedziela, 11 grudnia 2016

O tym co się działo, czyli i tym, że Siembilandia ma swój adres.

Wydawałoby się, że po dość hucznej zmianie nazwy i grafiki Siembilandia umarła. I rzeczywiście, działo się tyle, że nie byłam w stanie nadążyć za własnym życiem i zmianami, które w nim zachodziły. Cała masa spraw sprawiła, że kompletnie, ale to kompletnie nie miałam czasu na to, żeby chociaż pomyśleć o wrzuceniu czegoś na bloga. Pomysłów na posty było mnóstwo, i gdzieś tam, nieskończone - nadal sobie leżą w wersjach roboczych i czekają na ukończenie i opublikowanie. I zapewne w końcu się do tego zabiorę, bo pisać naprawdę jest o czym. Po długich - bardzo długich perypetiach w Siembilandii chyba się właśnie- odpukać- uspokoiło. U Furii zadziałały sterydy i guzy z obu listew sutkowych zniknęły. Po zdaje się - półtora miesięcznej walce z papierami i biurokracją - 28.10. Siembilandia zyskała swój nowy, absolutnie własny adres tzn, kupiliśmy w końcu mieszkanie. Po raz drugi już w tym roku - i mam nadzieję ostatni przez najbliższe kilka lat - zmieniłam pracę i przebranżowiłam się po raz kolejny. Biuro i papiery to zdecydowanie mój świat, jednak poza nim brakowało takiego prawdziwego kontaktu z ludźmi, z klientem, tego czegoś co nadaje pracy sens - zadowolenia tej drugiej strony z pracy jaką się wykonało. Teraz pomału wkraczam w nowy, kompletnie nieznany mi świat stali, spedycji, ale i w coś co znam już doskonale- pracy z klientem i biurowym rozgardiaszem. Rezygnując z pracy w hurtowni BHP, gdzie już wszystko znałam, gdzie było mi dobrze i stabilnie i idąc za biurko by mieć w życiu jakiś plan B ryzykowałam , bo nie wiedziałam czy się w tym odnajdę, czy sobie poradzę, czy nie porywam się czasem z motyką na słońce. Od tamtej decyzji minęło już trochę, i muszę przyznać, że patrząc z perspektywy czasu ta zmiana wyszła mi zdecydowanie na dobre. Coś w tym jest, że człowiek aby być szczęśliwym i spełnionym musi się rozwijać.
Nawiązując do tego, że wreszcie jesteśmy na swoim, a nie na wynajmowanym przez te pierwsze - zaraz będzie dwa miesiące - no dobra, niech będzie - półtora miesiąca - ciągle wprowadzaliśmy jakieś zmiany. A to w kuchni, gdzie dorobiłam się wreszcie szafek - czyli miejsca na wszystkie moje "przydasie" oraz zmywarki, którą sprezentował mi mąż, po schowek, który przeszedł dwukrotnie gruntowne zmiany ponieważ  za pierwszym razem wyleciały z niego wszystkie niepotrzebne rzeczy z myślą o małej spiżarce i schowku na  narzędzia, odkurzacz, żelazko, deskę i tym podobne rzeczy, które z reguły ciężko gdzieś upchnąć, a za drugim wyleciały te wszystkie narzędzia i odkurzacze, ponieważ mój mąż chciał urządzić tam sobie stanowisko komputerowe, ale niestety okazało się ono za małe by pomieścić cały sprzęt i zbyt mało doświetlone. W związku z czym wszystkie poprzednie rzeczy do niego wróciły, a my zaczęliśmy "modernizować" salon pod nasze potrzeby. Dzisiejszego dnia dopiero wyrzuciliśmy z zagraconego poprzednimi meblami strychu większość rzeczy pod wywożone gabaryty. Salon zmienił się nie do poznania. Ponieważ w międzyczasie modernizowaliśmy również komputer i de facto wyszło na to, że z części, które wyleciały ponieważ zostały zastąpione nowymi dałoby się złożyć drugi komputer, nie zastanawialiśmy się długo i pojawiły się w domu komputery dwa. Stanowisko, które zajmowałam do tej pory, kompletnie pod stacjonarny komputer przygotowane nie było. Biurka, które mieliśmy nijak nie dały ustawić się w odpowiedniej konfiguracji ze sobą bez zbytniego zagracania całej przestrzeni. Przy pomocy naszego przyjaciela, zrobiliśmy totalną demolkę w salonie, dokupiliśmy inne biurko, nowe fotele, mały regał na domowe biuro i wyłoniły się z tego trzy strefy - mojego męża, gdzie gra i streamuje, moje stanowisko dowodzenia centrum biurowym ( czytaj rachunki, umowy, przelewy itp.) oraz strefę rekreacyjną z kanapą, ławą i tv. No i pojawiła się choinka, za którą chyba tydzień jeździliśmy bo mąż mi się uparł na sztuczną a ja nie chciałam drapaka... A skoro mam już swoje stanowisko, które zresztą zaraz pokażę z całym bajzlem jaki się zrobił po układaniu wszystkiego "na szybko" - ale to jedyne zdjęcie jakie na ten moment mam, a ze względu na późną porę i słabe światło już nic nie uda mi się nowego zrobić... Choinka też będzie... no więc skoro już te swoje miejsce mam i ze względu na dwa komputery w domu mogę tu pracować kiedy chcę i jak długo chcę - Siembilandia wraca do życia na całkowitym spontanie, tym oto właśnie postem bez ładu i składu czyli kompletnie o wszystkim. Nie jest on zresztą tak całkiem bez sensu, są osoby w moim życiu, które przez ostatnie wydarzenia trochę zaniedbałam i mam nadzieję, że w ten sposób choć trochę uda mi się naświetlić obraz gdzie i dlaczego zniknęłam na tak strasznie długo. Liczę na to, że ten spokój potrwa trochę dłużej w moim życiu i wszystkie zaległe tematy uda mi się tutaj poruszyć, czyli jednym słowem wyczyścić moją "wersję roboczą".

Tak oto teraz prezentuje się moje stanowisko pracy - kompletnie bez żadnej obróbki, bez żadnego sprzątania pod zdjęcie - miało iść tylko do domowego albumu " na pamiątkę". Postanowiłam jednak je zamieścić bo:
A. Bajzel i tak jest - raz mniejszy, raz większy - ale jest i pewnie zawsze będzie
B. Dziwnie bym się czuła przekłamując rzeczywistość ;) 

Choinka, jak widać sztuczna, o której NA PEWNO będzie osobny post, bo mnie do cholery doprowadziła zołza jedna - przysięgam, że kuje małpa zupełnie jak prawdziwa, ale dlaczego o tym innym razem. Jeszcze nie ubrana, rozłożona zaledwie po ponad godzinie walki - o tym też będzie w osobnym poście, przejadę się po niej konkretnie ;) Kalendarz w tle z kartką z listopada - nie było kiedy przełożyć na grudzień ;) 

23.44. Zdecydowanie pora na to, żeby i Siembilandia poszła spać. Zatem pozdrawiam serdecznie wszystkich, których tak strasznie dawno nie odwiedzałam na blogach i przede wszystkim mamę, Joannę i ciocię Jolę - kobietę, o której - ze względu na pasje koniecznie będę musiała kiedyś napisać, a dla której ostatnio kompletnie nie miałam czasu - przepraszam Cię Ciotuniu i obiecuję poprawę :* 
Dobranoc wszystkim ;)

piątek, 12 lutego 2016

O walentynkach inaczej...

Zaczyna mnie męczyć komercjalizowanie walentynek. Bombardowanie reklamami z tysiącami możliwych prezentów bo to "ostatnia chwila na prezent", wzbudza już we mnie niesmak. Czy naprawdę w dzisiejszym świecie nie da się inaczej? Myślałam o tym ostatnio wyjątkowo intensywnie. Da się. Znam przynajmniej kilka kobiet, dla których walentynki to coś więcej niż kolejny prezent.
Asia, czekająca bardzo długo i cierpliwie z ukochaną córeczką Dominiką na powroty z morza swojego partnera.
Joanna , która swoje życie splotła z ratownikiem medycznym, który jest również w Ochotniczej Straży Pożarnej .
Ja- żona wojskowego na etacie kierowcy.
Renia i Zuzia, które niemal codziennie mijają się ze swoimi ukochanymi pracującymi na różne zmiany.
Jola, która obchodziła dopiero co rubinowe gody z mężem.
Gabrysia, która codziennie czeka na powrót męża pracującego w ochronie.
My wszystkie razem i każda z osobna na postawione pytanie " Czego sobie życzysz na walentynki" powiedziałybyśmy: Po prostu bądź...
Magia walentynek?
My takie walentynki mamy niemal codziennie, kiedy uświadamiamy sobie, że nasi męzowie czy  partnerzy,  mogą zwyczajnie nie wrócić z pracy, z morza, z kolejnej niebezpiecznej akcji, z trasy czy z pracy po prostu.
Fakt, miło jest oderwać się od codzienności, zjeść razem wyjątkowo przygotowaną kolację, dostać jakiś upominek czy jakiegoś kwiatka. Najważniejsze jednak jest to, że  jesteśmy razem. Że można się przytulić, zobaczyć radość na jego twarzy, że w końcu jest w domu, przy rodzinie...
Czy potrzeba do tego prezentów łapanych "w ostatniej chwili" ? Nie potrzeba. My rozumiemy, że nie mają jak, nie mają kiedy, mogli zapomnieć w ferworze pracy. My tę ich miłość czujemy w każdym spojrzeniu, w każdym oddechu, w zwykłych sytuacjach podczas szarej codzienności. Bo przecież nie prezent jest najważniejszy, tylko ta właśnie jedna osoba, która jest dla nas walentynką każdego naszego dnia, i której śmiało możemy powiedzieć po prostu bądź, bo jest dla nas najcenniejszym prezentem...

                             
                                 


czwartek, 11 lutego 2016

Wieczór. Leżę już w łóżku.
- Ła-u
- Co Totusiu?
-Ła-ła-łau
- Jak zjadłeś kolację, to więcej nie dostanieniesz, odchudzamy się. Wszyscy.
-Łałałaaaaau !
- Będę twarda nie wstaję. 
 Słyszę parsknięcie śmiechem Sławka w drugim pokoju, który gra na komputerze.
-ŁA ŁA ŁAUUUUUUU !!!!!
Nie reaguję spokojna o kwiatki, które przezornie ściągnęłam z parapetu....
 Aksamitna łapka mojego kota zaczęła coś przestawiać. Nasłuchiwałam zastanawiając się co on tam przesuwa. Wpadłam na to w momencie kiedy usłyszałam brzęk tłuczonego szkła. Momentalnie zerwałam się na nogi i popędziłam do kuchni zderzając się ze Sławkiem w przejściu.
-Miska poszła
Zobacz co z kotem- powiedzieliśmy jednocześnie
- Totuś, chodź tu skarbie, pokaż łapki... nic nie ma, no dobrze, to uciekaj stąd.
Przyglądałam się jak Sławek sprząta kuchnię.
- Nie wydaje Ci się, że coś mało tego szkła jak na taką dużą miskę? Wydaje mi się, że co najmniej połowy brakuje...
-W sumie... czekaj sprawdzę pod szafką.
Poza wymiecionymi kłakami pod szafką nie było już nic. Ciekawe....
- łłłłau?
- Daj temu kotu jeść....
- No przecież ma...
- To idź go przytul bo ja to zrobię...

Zaśmiałam się. W naszej rodzinie nie krzyczy się na zwierzęta. Na każde mamy "swój" sposób. Totuś akurat nie lubi się przytulać. No przecież jest dużym i dostojnym, dorosłym już kocurem. Co się będzie tulał jak kotka... Kiedy więc coś nabroi, skuteczną karą jest takie tulanie właśnie i tłumaczenie, że "tak nie wolno".

Chodź Totusiu, przytulimy koteczka.
- Czemu tak płaczesz? Bardzo lubiłam tę miskę. Dostałam ją od mamy....
-łau - miałknął rozpaczliwym głosem.
- Nie możemy tyle jeść, zobacz jak ładnie schudłeś, zobacz jak już wysoko skaczesz do wędki, zupełnie jak Furia, może nawet wyżej...
-łłłłłłłłaaaaaaaau
- Dobrze, to dam Ci mokrego, ale tylko pół saszetki. dobrze?
- łau
- Mój mądry koteczek....

Nałożyłam do miseczki trochę mniejsze pół i patrzyłam jak mój skarbuś wymiata resztki . Uspokoił się. Może zwyczajnie nie miał ochoty na suche. Jak na razie dieta przebiega nam bezproblemowo. Stopniowe zmniejszanie ilości jedzenia się sprawdziło. Na efekty trzeba trochę czekać i trochę to człowieka demotywuje, ale ja się uparłam. Teraz kiedy patrzę na moje figlujące szczęście jestem dumna z niego i z siebie ;) Bo przecież jeśli chodzi o kota, miłość nie trafia przez żołądek do serca, tylko przez spędzony razem czas i wpólne zabawy...