sobota, 21 czerwca 2014

Furia i Toto

         
             Długo- bardzo długo- namawiałam męża na kota, ale nigdy nie chciał się zgodzić.
Tamten dzień, kiedy już wiedziałam, że nie odpuszczę pamiętam jak dziś.
Przyszłam do pracy jak zwykle. Koleżanka, z którą pracuję powiedziała mi o uratowanym przez jej męża  kocie uwięzionym w dachu pod opierzeniem. Żeby się do niego dostać musieli rozebrać część dachu. Był tak mały, że trzeba go było karmić butelką. Potem okazało się, że na tym dachu- w innym miejscu- są jeszcze dwa kociaki. Zdecydowałam się przygarnąć malucha. Tak oto stałam się szczęśliwą posiadaczką ślicznej koteckowej dziewczynki...
              Po długich namysłach i wielu rozmowach z mężem, po znalezieniu przez znajomą domu dla drugiego kociaka, wzięłam do siebie tymczasowo drugie z kociąt, jak się okazało - samca. Nie miał zostać na długo. Po tygodniu miał trafić do domku, gdzie miałby swoją nową rodzinę i kociego przyjaciela. Niestety Pani, która miała go wziąć ciągle przekładała termin zabrania kota. Międzyczasie kotka dostała imię Furia, z racji swojego wyjątkowego temperamentu. Na samca wołaliśmy toto... toto takie małe, weź nakarm toto, a ja nakarmię Furię... nie dawaliśmy mu imienia, żeby się zanadto nie związać z kotem. Oba koty były pod stałą opieką weterynarza.
             Pewnego wieczoru u mojej kotki zauważyłam ropną wydzielinę z oczka. Niewiele myśląc wsiadłam w samochód i pojechałam szukać weterynarza, który przyjmowałby jeszcze o tak późnej porze. Okazało się, że to wirusowe zapalenie spojówek. Zaczęło się leczenie,nieprzespane noce i niepokój o oczko mojego skarbka. Wstrzymaliśmy się z oddaniem Tota, który już też mógł być zarażony. Kiedy Furia wyzdrowiała Pani chciała zabrać kotka za kilka dni. Zaprosiłam Panią do siebie na przekazanie kocurka, żeby się zorientować jaka jest i czy pokocha naszego Tota. Ryczałam. Kochałam już Toto i marzyłam o tym, żeby został z nami. Błagałam męża żebyśmy go nie oddawali. Mąż powiedział, że podejmiemy decyzję razem po poznaniu tej kobiety, która miała go zabrać. W dniu odebrania okazało się, że Pani wyjechała i wróci dopiero za dwa dni. Mąż się zdenerwował. Powiedział, że jest nieodpowiedzialna, a Toto to nie zabawka. Po naradzie, po obgadaniu wszystkich za i przeciw zapadła decyzja. Toto zostaje z nami. Stałam się najszczęśliwszą posiadaczką dwóch kocich szczęść.







1 komentarz:

  1. Witaj. Powoli zaczynam zapoznawać się z Twoim blogiem. dziękuję za podczytywanie historii moich łobuzów :) Świetne imię "Furia" a nie jakaś tam Pusia-Srusia :) Gratulacje dla zdroworozsądkowego męża. Tak jest, zwierzę to nie zabawka! Pozdrawiam i do usłyszenia.

    OdpowiedzUsuń