czwartek, 31 grudnia 2015

Na granicy...

Miałam tyle pomysłów na nowe posty... ale ostatnio nie jestem w stanie myśleć o nikim i niczym jak tylko o mojej małej dziewczynce, moim małym skarbie, który - jak może się zaraz okazać- jest nieuleczalnie chory... Strach jest we mnie taki, że nie umiem normalnie funkcjonować. Nie wiem co będzie dalej. Nie wiem jak jej pomóc. Ciągle sobie wyrzucam, że może to moja wina? Może źle ją karmię? Może gdybym pilnowała żeby więcej piła... czy to by coś zmieniło? Ciągle sobie wyrzucam, że nie zrobiłam jej badań wcześniej. Że teraz może być już za późno. Że jak ja mogłam być taka naiwna, u kotów choroby przebiegają przecież bezobjawowo. to co, że była pełna życia, to co, że na nic nie chorowała, to co że byliśmy pewni że nic jej nie jest.... zgubiła nas ta pewność. A teraz mój mały skarb może za to zapłacić... Nigdy sobie tego nie wybaczę. Jest taka ufna, taka kochana. Tak wierzy, że kiedy się we mnie wtuli to jest bezpieczna... a ja ją tak zawiodłam...


   


                                             


Wyniki Furii

Wreszcie mam moment żeby usiąść i do Was napisać. Nie jest dobrze.
Sama sterylizacja przebiegła prawidłowo. Przy okazji tej sterylizacji pani dr pobrała krew do badań i już przestało być kolorowo. Już w podstawowych wynikach wyszło, że jest mocno odwodniona. Poczułam się jakbym dostała obuchem w łeb. Bo przecież ona pije.... Przecież o nią dbam. Przecież to się nie miało prawa zdarzyć. No ale fakt pozostał faktem - widocznie pije za mało a ja jej nie dopilnowałam.
Dzisiaj byliśmy na kontroli, dostała antybiotyk i przeciwbólowe i odebrałam resztę badań. Profile nerkowe ma na granicy normy. Cukier wysoki.... No z tym cukrem to pani dr mówiła, że to może wynikać ze stresu. Ale z tymi profilami nerkowymi nie jest dobrze. Jak wydobrzeje trzeba będzie powtórzyć wszystkie badania i walczyć o moją dziewczynkę...




wtorek, 29 grudnia 2015

Sterylizacja

Za dwie godziny Furia ma sterylizację. O bogowie ratujcie.... Od wczoraj chodzę z jedną wielką gulą w brzuchu. od 6.25 Totuś miałczał, że chce śniadanko. Wstałam. Nakarmiłam wszystkie zwierzaki poza Furią. To było straszne. Tłumaczyłam - już nie wiem czy jej czy sobie- że to konieczne, że idzie do pani doktor, że dziś nie wolno jeść... ratunku !!!!! Jeszcze kilka godzin niepewności. Naszykowałam jej trzy ulubione kocyki chociaż potrzebne tylko dwa, podkłady higieniczne, jej ulubioną kocią podusię, a właściwie dwie, zdezynfekowałam cały dom. Wyciągnęłam ze schowka jej kociątkową kuwetkę, postawiłam w pokoju, żeby nie musiała daleko chodzić na siusiu. Denerwuję się. Chce mi się najzwyczajniej w świecie płakać ze strachu....
cdn.

8:00  Furia śpi. Za pół godziny, no może za 40 minut przyjedzie taksówka... Boję się....

poniedziałek, 30 listopada 2015

17 dni...

Zdałam sobie sprawę, że nie znoszę grudnia. A w tym roku jeszcze bardziej, bo przyprawia mnie o nerwy jakich dawno nie przeżywałam.
Furia ma mieć sterylizację.
Joanna ma rozwód.
Przedświąteczny szał już się zaczął i ciężko jest kupić cokolwiek bez długiego stania w kolejce.

Nie wiem czym tak naprawdę denerwuję się bardziej. Tym rozwodem czy tą sterylką. Co prawda tu i tu powinno pójść gładko, no ale właśnie- powinno. Nigdy w życiu bym nie przypuszczała, że będę tak przeżywać czyjś rozwód. Nerwy mam takie, jakbym (tfu, odpukać!) sama przez to przechodziła. Co tu dopiero mówić o nerwach Joanny... Na samą myśl, że coś mogło by pójść nie tak trafia mnie szlak. I zauważyłam, że nie tylko mnie, bo już cała rodzina żyje tylko tym rozwodem. Żeby już było po, żeby była wolna, żeby to się wreszcie skończyło i żeby miała wreszcie spokój... 17dni nas dzieli od tego spokoju... 17 najgorszych, nerwowych dni.

Sterylizacja Furii niepokoi mnie tak, że brzuch mam w supeł zwinięty. Strach, że coś może pójść nie tak i, że ją stracę jest absolutnie nie do opisania. Najchętniej nie podpisałabym zgody na operację. Nie zwolniłabym lekarza z odpowiedzialności. Ale niestety tak się nie da. Patrzę na te moje słońce najukochańsze i biję się z myślami, że może nie, że może jej to niepotrzebne... Powinnam iść z nią na kontrolę po blokadzie. Boję się tej wizyty, bo oznacza nieuniknione.

Świąteczny szał psuje mi humor... idzie człowiek do sklepu po coś na obiad i stoi w tych kolejkach na pół sklepu, bo ludzie wykupują wszystko tak, jakby koniec świata miał nastąpić. Atmosfera świąt w tym roku kompletnie do mnie nie przemawia...

wtorek, 10 listopada 2015

Jak w horrorze...

Muszę zadzwonić mu powiedzieć pomyślałam robiąc ojcu przelew, Zdziwiłam się kiedy w telefonie usłyszałam "Przepraszamy, wybrany abonent jest w tym momencie nieosiągalny". Pewnie mu padła bateria i nie zauważył. tak jak ostatnio. Wieczorem pomimo usilnych starań nadal nie mogłam się dodzwonić. Zdenerwowało mnie. Dzieli nas ponad 400km, jest sam i nie dba o to, żeby telefon był naładowany???
Rano już zaczęłam panikować.
To już jest podejrzane z tym moim ojcem. Tam się coś stało chyba - napisałam do męża.
Zadzwonił telefon. Zerknęłam na wyświetlacz. Mąż.
-Tak?
-Witek ma dzisiaj na pierwszą do pracy, akurat jest niedaleko zaraz tam podejdzie.
- O matko, to dobrze...To ja się rozłączam nie bedę Ci telefonu blokować.
Po kilku minutach zadzwonił ponownie.
-Ty, Witek tam jest wali do drzwi, pies szczeka, usiłował się od sąsiadów coś dowiedzieć, ale nikogo nie ma, w końcu w okno walił i nic. Nie wiadomo czy on tam leży czy gdzieś poszedł czy co... Mówił, że poczeka chwilę jak nie to wezwie policję i z policją wejdą.
W takiej chwili człowiekowi tysiące myśli przelatują przez głowę.
- Przez okno będzie im łatwiej, tam są drzwi antywłamaniowe, dzwoń do niego niech wybiją okno... Ja dzwonię do szefa, trzeba tam będzie jechać w trybie natychmiastowym.
- Dobra...
5 minut później:
-Witek właśnie dzwonił odwołać policję, Twój ojciec był na zakupach. Podobno mu bateria padła. A w ogóle to trzeba klucze dorobić, żeby jedne u nich leżały.
-Dobrze. Zabiję go.

Oczami wyobraźni widziałam Witka- ratownika medycznego- jak wszystko w nim buzuje ze złości.   Siedemdziesięcioletni facet a taki nieodpowiedzialny.

Dodzwoniłam się po 10 minutach.
-CZY TY SOBIE ZDAJESZ W OGÓLE SPRAWĘ Z TEGO CO NAROBIŁEŚ????
- Bateria mi padła dopiero
- JAKIE DOPIERO ?! JA DO CIEBIE OD WCZORAJ RANO WYDZWANIAM! 
- Nie zauważyłem...
- Jak mogłeś nie zauważyć przez dwa dni, że ci telefon nie działa, skoro codziennie do Ciebie dzwonię?!
- Nie mogłem znaleźć ładowarki, Zuzia zwaliła. Ciemno było wczoraj i mi się szukać nie chciało.
- A czyli jednak zauważyłeś, że od wczoraj ! Teraz jeszcze będziesz na kota zwalał?! Czy Ty w ogóle nie zdajesz sobie sprawy co ja tu przeżywam?! Mogłeś tam martwy leżeć, mogłeś zawału dostać, ty masz 70 lat !!!! I co, nagle się teraz ta ładowarka znalazła jak Witek przyszedł???
- Pod stołem leżała. Zuzia...
-ZOSTAW TEGO KOTA W SPOKOJU !
- No dobra, już nie krzycz, nic się nie stało przecież.
- JAK TO SIĘ NIC NIE STAŁO?! 

Tłumaczył się  mętnie następne 10 minut. Kurwa. Nie docierało do faceta nic zupełnie. Może gdyby weszli z tą policją i wybili te głupie okno to by miał nauczkę. Zapamiętałby, że telefon to jego jedyny kontakt ze mną czy z pogotowiem.

Kiedy wytłumaczyłam szefowi, że już wszystko dobrze, aż się popłakałam z nadmiaru emocji. Klucze jadę dorobić jeszcze dziś. To co dziś przeżyłam przeszło wszystko. głowa boli mnie tak, że można zwariować. A ojciec mi tłumaczy, że mu kot ładowarkę zrzucił...
Witek dziękuję ! Dziękuję, że zawsze możemy na Ciebie liczyć ! :*
 


 

 

niedziela, 8 listopada 2015

Mosty, które za sobą palę rozświetlają mi drogę...

   Ostatnie dwa tygodnie były ciężkie. Wizyta u lekarza, 1 Listopada, wieczory z nową książką, mała awantura i nowy plan na życie.

  Do "Biegnącej z wilkami" przekonała mnie Joanna. Nie wróżyłam sobie świetlanej przyszłości z tą książką, ale opowiadała mi o niej tyle, że postanowiłam przez nią przebrnąć. Ot, z czystej ciekawości co ona takiego w niej widzi. W empiku udało mi się dostać ostatni egzemplarz. O ile wcześniej nie mogłam przebrnąć przez pierwszą stronę elektronicznej wersji książki, tak papierowa wciągnęła mnie od razu. Teraz - po przeczytaniu pierwszych stu stron wiem, że ta książka była mi potrzebna właśnie na tym etapie mojego życia. Choć pierwszą bitwę z chorobą wygrałam i przede mną w scenariuszu jeszcze tylko dwa miesiące leczenia, na pewne rzeczy muszę zwracać szczególną uwagę. Ta książka otworzyła mi oczy na pewne sprawy, które wcześniej odkładałam "na potem". Jest napisana w sposób zawierający prawdy uniwersalne co sprawia, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Po jej przeczytaniu na pewne sprawy człowiek patrzy już inaczej. Przestałam się dziwić dlaczego przez dwa lata była bestselerem i co takiego widziała w niej Joanna. Polecam wszystkim serdecznie.

Kalendarz


Choć nie wiem jeszcze czy uda mi się nabrać nawyku korzystania z niego i organizowania swojego życia postanowiłam przynajmniej spróbować sama sobie ułatwić życie. Problem polegał jedynie na tym, że nie mogłam znaleźć odpowiedniego kalendarza, a kiedy już znalazłam to nie mogąc się zdecydować na jeden, wzięłam dwa. Jeden na sprawy prywatno-blogowe, drugi na sprawy organizacyjne. A przynajmniej tak to sobie tłumaczę. Co z tego ostatecznie wyjdzie przekonam się w przyszłym roku.
Jak na razie zapełniam je ważnymi datami, o których muszę i chcę pamiętać, a także śmiesznymi świętami, które się pojawiają w ciągu roku, by w kalendarzu oprócz spraw ważnych i ważniejszych pojawiły się rzeczy miłe i zachęcające do zajrzenia do środka. Poza tym - jak ostatnio ze wszystkim - personalizuję także swój kalendarz za pomocą różnych przysłów, motto, naklejek, wklejonych obrazków, wierszyków itp. Nie wiem dlaczego potrzebuję tego tak bardzo, ale jest to tak fajne, że przestałam się przed tym bronić :) Wyznaczyłam sobie też różne zadania w celu organizacji przestrzeni wokół siebie, a które podejrzałam na blogach  niebalaganka.pl  i designyourlife.pl .




Mosty...
Są takie osoby wżyciu, które tolerujemy z jakiegoś powodu choć wyprowadzają nas z równowagi tak, jak nikt inny nie potrafi. Są też takie momenty, kiedy czara się przepełnia i pora powiedzieć dość. Owszem, można ludziom pomagać kiedy sytuacja tego wymaga, można czasem odłożyć przez to swoje plany. Ale kiedy sytuacja powtórzyła się pomimo wyznaczonych konkretnych warunków trafił mnie lekki szlak. Rozumiem sytuację, kiedy człowiek sobie nie może z czymś poradzić i prosi kogoś o pomoc. Ale kiedy kosztem swoich planów trzeba pomóc tylko dlatego, że się komuś zwyczajnie nie chce i liczy na to, że ktoś inny rzuci wszystko i zrobi wszystko za niego tylko nie chce się do tego przyznać nawet przed sobą to już tego nie mogę ścierpieć. Stąd te spalone mosty.... Są w życiu takie drzwi, które czasem trzeba zamknąć na zamek i wyrzucić klucz.
I chociaż wiem, że pewnie kiedy będzie trzeba pomóc to znowu pomożemy, ale już  nie kosztem siebie i swoich planów. Już na zupełnie innych zasadach.












czwartek, 22 października 2015

Pod ochroną

Zaspałam. No zaspałam, tak zwyczajnie do pracy, no cóż zdarza się... Jeszcze w locie, kiedy się ubierałam dzwoniłam do kierowniczki z wiadomością, że się spóźnię. Do pracy dotarłam o 8:20 i już pod drzwiami stała grupka ludzi czekająca na mnie. Przekręciłam zamki, piknęłam alarmem, wbiłam kod, coś zapiszczało, zrobiło mi się gorąco - ożesz, zacznie wyć... wbiłam drugi raz.... zadziałało, uff....wpuściłam klientów. Zaczęłam ich "ubierać:, czyli spodnie do pracy, buty, kaski, rękawice itp. ledwo widząc na oczy, bez nawet łyka kawy... po jakichś 15 minutach wpada przez otwarte drzwi dwóch byków z sekretu i widząc grupkę ludzi w hurtowni rzuca krótkie:
- dostaliśmy alarm o napadzie, wszystko u Pani w porządku?
Zatkało mnie.
-Tak. wszystko w porządku, ale mi nic nie wyło....
- Może jakieś zwarcie było. dzwoniliśmy do Pani, ale nikt nie odbierał.
Ło matko i córko... nie słyszałam??? Popędziłam do telefonów...
- Ale nikt do mnie nie dzwonił proszę panów. Nawet na komórkę nie...
- Dobrze zgłosimy to, niech się Pani nie martwi...
O matko.... no cóż. Z jednej strony poczułam się bezpieczna. Z drugiej strony trochę im długo zeszło. Gdyby to faktycznie był napad już by mnie dawno okradli... Z trzeciej przecież mam w pracy monitoring na podsłuchu jestem.... Przebojowo się dzień zaczął, nie ma co...

środa, 21 października 2015

A jak...

Jakiś czas temu Katjuszka zaraziła swoim pomysłem na tworzenie własnego alfabetu nie tylko Asię, ale i większość osób czytających jej bloga. Tak właśnie na blog Katjuszki trafiłam i ja. Z początku, kiedy przeczytałam alfabet Asi pomyślałam sobie " o kurczę ile z tym roboty...". U Katjuszki jest inaczej. Katjuszka odsłania siebie stopniowo. U niej zastanowiłam się, czy będzie mi się chciało. Nie teraz, tylko za miesiąc, za rok... postanowiłam spróbować, bo właściwie co mi szkodzi? Ponieważ ma być to alfabet indywidualny, swój postanowiłam stworzyć... po swojemu ;) pod moją literką będzie wszystko co mnie określa oraz wszystko to co lubię i o czym mam ochotę napisać.
Dzisiaj będzie "A" jak się łatwo domyślić i te moje A bardzo mi się spodobało. Bo właściwie tworząc bloga chciałam to z siebie wyrzucić. Chciałam, żeby było mi łatwiej. Chciałam, żeby powstała świadomość.Świadomość, że to istnieje, że jest, że trzeba z tym walczyć. Że ja muszę z tym walczyć. Że to jest częścią mnie.
Moje A to A jak:

ADENOMIOZA  , czyli moje przekleństwo.

Pewnie teraz większość z Was zastanawia się co to takiego. Łatwo sobie to wygooglować, choć niewiele się dowiecie, bo mało jest o niej informacji.
 Kiedy mój lekarz zaczął podejrzewać u mnie endometriozę, przeczytałam o niej wszystko. Ja już znałam to słowo, choć modliłam się, żeby to nie było to, choć podświadomie już wiedziałam. Nie pomogły zaklęcia rzucane w nocy. Nie pomogły prośby, żebym to nie była ja. Po dokładniejszych badaniach stało się. Wyrok zapadł. Nie wiem z jakiego powodu bałam się bardziej. Czy z powodu leku, który tę chorobę jedynie zatrzymuje w miejscu, czy z tego, że mam najgorsze możliwe umiejscowienie choroby. Nieoperacyjne na ten moment.

Lek okazał się lekiem dopuszczonym do użytku, ale testowany na tak małej ilości kobiet, że poczułam się jak królik doświadczalny. Niestety opinie o nim też były różne, w większości negatywne. Część kobiet zrezygnowała z leczenia nim, ze względu na zbyt wiele skutków ubocznych. Może mieli jakiś wybór. Ja nie miałam. Kiedy poszłam do apteki powaliła mnie cena- ponad 200zł. Teraz, kiedy z ciekawości zajrzałam w internet, jakie są koszty cena spadła do 173zł. Zawsze to coś. Mnie udało się odkupić leki od dziewczyny, która nie mogła ich brać, bo kolidowały jej z innymi lekami. Zaoszczędziłam połowę. Ironią jest fakt, że na Narodowy Fundusz Zdrowia ten lek kosztuje 3,20zł. Tylko co z tego. O samej chorobie wie niestety niewielu lekarzy, a jeszcze mniej potrafi ją zdiagnozować. Ja mam lekarza, który wie z czym walczymy, ale nie ma podpisanego kontraktu z NFZ.

O samej chorobie nie będę pisać referatu, bo to nie o to tu chodzi. Jeśli przypadkiem trafi tutaj ktoś z tą chorobą, odsyłam go do książki prof. dr hab. n. med. Mariana Goludy, który wraz z kolegami po fachu stworzył dzieło swojego życia. To jedyna książka w Polsce ( a podejrzewam, że w tym momencie również i na świecie) w całości poświęcona tej chorobie. Bardzo mi pomogła zrozumieć czym jest ta choroba i już teraz nauczyłam się z nią żyć.

Moje życie z adenomiozą.

Początki były straszne. Choć przyzwyczaiłam się już do luksusu bez bólu za pomocą jednej maleńkiej pigułki bardzo dobrze pamiętam początek.
Kłucie w macicy tak silne, że nie dało się wstać. Zrobić kilku kroków. Gwałtowne napady podczas których zwijałam się w kłębek na podłodze, bo nie mogłam się ruszyć. Kuliłam się z bólu i chciałam umrzeć. Ten wstyd kiedy do toalety na rękach nosił mnie mój mąż, bo nie byłam w stanie dojść tam sama. Godziny, kiedy siedział obok, a ja płakałam z bólu ściskając jego rękę i wbijając mu nieświadomie paznokcie w dłoń. Te dni i miesiące - bo tak naprawdę na 30 dni w miesiącu może przez 5 czułam się dobrze. To duszenie wszystkiego w sobie, no bo kto by w to uwierzył i nie powiedział, że udaję, że przesadzam...

Diagnoza. Ta cholerna diagnoza, która spowodowała, że moje koszmary ujrzały światło dzienne. Ale przecież spodziewałam się tego, bo czego mogłam się spodziewać, skoro nawet nie mogłam normalnie funkcjonować? cudu? Jestem na to zbyt wielką realistką.

Ten strach kiedy wzięłam pierwszą tabletkę, nie wiedząc czego się spodziewać nastawiając się na wymioty, które zwykle powodował ten lek. Strach kiedy mój organizm na swój sposób usiłował poradzić sobie z lekiem. Nie miałam wielkiego wyboru. Mógł zabić mnie lek, mogła zabić mnie choroba - było mi wszystko jedno. Żeby tylko nie bolało.
Ten żal, kiedy przetrzymałam wszystko i usłyszałam od lekarza, że działa za wolno. Że działa, ale spodziewał się lepszych rezultatów. Że walczymy. Że próbujemy dalej.
Ten strach, że mam 28 lat i jestem wrakiem człowieka. Że moja kobiecość mnie zabija. Że śmierć czai się za rogiem.

Mija 10 miesiąc mojego leczenia. Ostatni dopuszczalny według ulotki. Nie wiem co dalej. Za chwilę pójdę na konsultację, której się boję, bo znowu jest gorzej. Czuję to w sobie, czuję ból, który zmusza mnie do tego, że czasem biorę tabletkę o kilka godzin wcześniej- ze strachu. Moje jelita znów zaczynają rewolucję. Powoli przestaję mieć nadzieję. Ale nie mam wyboru - jakoś muszę z tym żyć. Wstawać codziennie rano, chodzić do pracy. Udawać, że wszystko jest w porządku. Trwać.

Najbardziej boli mnie to, że Sławek znów będzie musiał patrzeć jak to wraca. Tu już nie chodzi o mój ból, ale o to jak on rani moich bliskich. Jak z jako tako poukładanego życia, staje się ono codziennym koszmarem strachu, bólu i przetrwania. Lękiem o przyszłość, niepewnością jutra.

To jest moje A.
Mój początek alfabetu.
Moje życie.
JA.
Nie chcę myśleć o wszystkich skutkach ubocznych na "Z". Na szczęście alfabet ma więcej liter...

Teraz, kiedy to piszę, jest mi lżej. Wyrzuciłam to z siebie. To pomaga. Przede wszystkim w świadomości, że nie muszę dusić tego w sobie. Że już wiecie.

Że może kiedyś, kiedy ktoś do Was powie "boli", pomimo tego, że słyszycie to po raz tysięczny uwierzycie i nie zbagatelizuje problemu. Może komuś też będzie dzięki temu łatwiej. Tak jak mi.
Tak, wiem, że to nie łatwe, kiedy codziennie słyszy się, że ktoś się źle czuje, w człowieku włącza się niewiara. Nawet mój mąż z początku śmiał się ze mnie, że nie pamięta kiedy czułam się dobrze. Pamiętam jak jego twarz się zmieniała pod wpływem rozwoju choroby i mojego bólu. 
Pamiętam jego reakcje na diagnozę.
Pamiętam jak sobie wyrzucał, że mi nie uwierzył.
Pamiętam, ile kosztowało go to, żeby zrozumieć. Żeby oswoić się z chorobą.
Teraz każde moje jęknięcie wzbudza jego czujność. Po tysiąc razy pyta jak się czuję, już tym razem nie wierząc mi, kiedy mówię "dobrze".
Bo tak naprawdę oboje żyjemy ze strachem. Ja przed chorobą i bólem, on - z obawy o mnie.
Wiem to, i doceniam każdego dnia. Dlatego potrafię cieszyć się drobiazgami - skarpetkami zrobionymi dla mnie. Zapchaną lodówką moimi ulubionymi produktami. Kupionym specjalnie z myślą o mnie ciuchem. Wysłaną miętą. robionym dla mnie szalem. Wejściem tutaj czy na drugiego bloga, bo wiem, że nie jestem sama z tym wszystkim. Że kogoś obchodzę. Że pomimo wszystkiego mogę żyć normalnie. Jak każdy ;)

Jeśli dobrnęliście do końca- dziękuję za wysłuchanie.
To dla mnie wiele znaczy, choć teraz kiedy to piszę, boję się wcisnąć "opublikuj".
Bo kto mi uwierzy...




poniedziałek, 19 października 2015

Personalizacja w Siembilandii

Wraz z nastaniem jesieni zapragnęłam zmian. Potrzeba odnalezienia siebie i swojego miejsca w naszym wynajmowanym mieszkaniu okazała się tak silna, że metamorfoza jaka zaszła zmieniła nasz salon nie do poznania. Przede wszystkim wyleciał dywan. Wyleciał bo denerwował mnie przeokropnie. Furia i Toto zrobili sobie pod nim kryjówkę. Było pod nim wszystko - od wszystkich moich gumek do włosów po papierki po cukierkach, zatyczki do uszów a nawet ołówki. Utrzymanie go w czystości było strasznie uciążliwe i męczące, a cała masa kocich kłaków nie ułatwiała nam zadania. Spod okna wyleciał nasz stół bilardowy, który ostatnio leżał zupełnym odłogiem i służył jedynie kotom do spania. Został rozebrany i wyniesiony na strych, z którego przynieśliśmy zupełnie inny stół. Przykryłam go fioletowym,  polarowym kocem, ustawiłam na nim kwiatka, za którym może i nie przepadam, ale jest na tyle ciężki, że moje koty przebiegając nie zrzucają razem z kocem wszystkiego co się na nim znajdzie. Ustawiłam laptopa, przyniosłam sobie krzesło, i jest - moje miejsce do pracy.

Na zdjęciu tego nie widać, ale po prawej stronie mam okno, dzięki czemu moje miejsce pracy jest jasne.Może nie robi szału, ale jest moje własne i mogę tu wszystko. Czytać książki, pisać posty, szyć na maszynie, rozłożyć się ze wszystkimi moimi rzeczami i nikt mi nie narzeka, że jest bałagan, że śmietnik, że nie ma jak obiadu zjeść ;) Dobrze mi tutaj.

Na podłodze zamiast jednego wielkiego dywanu znalazły się dwa futrzane białe dywaniki - jeden z nich, to ulubione miejsce zabaw moich kociaków, które ślizgiem jadą na nim po całym pokoju ;)



Moja kanapa również przeszła metamorfozę. Przykryłam ją wełnianą, białą narzutą, dołożyłam kolorowe poduszki, a całości dopełnia ława przykryta fioletowym obrusem. Zrobiło się cieplej i przyjemniej. Bardziej domowo. Bardziej po mojemu. Teraz mam większą ochotę przebywać tutaj, a przecież o to właśnie chodzi, bo salon to miejsce, w którym poza pracą spędza się najwięcej czasu.

Krzesło, które widzicie na zdjęciu również ma przejść metamorfozę. Mam zamiar zedrzeć tę paskudną warstwę lakieru do czystego drewna i je zabejcować. Obicie również chcę zmienić, ale po pierwsze nie wiem jeszcze na jakie, a po drugie muszę kupić niezbędny do tego materiał i taker, którego brakuje mi w moim zestawie narzędzi. Może uda mi się również uczynić te krzesło bardziej miękkim, ale co mi z tego wyjdzie okaże się w praniu, nigdy wcześniej takich rzeczy nie robiłam, więc nie wiem czy nie porywam się z motyką na słońce. Moim kolejnym marzeniem jest bujany fotel, w którym mogłabym spróbować swoich sił w ręcznych robótkach. Ale może najpierw zacznę od krzesła....
                                                                           

niedziela, 18 października 2015

Miłość niejedno ma oblicze...

Początków ta historia miała co najmniej dwa.
Zaczęło się od tego, że w sklepie zoologicznym chciałam kupić ulubioną zabawkę moich kotów, której nie było. Ekspedientka namówiła mnie na białą myszkę i suszoną  kocimiętkę. Dołożyłam do tego smycz do szelek. I zapytałam o trawę w dropsach. Reakcja faceta za mną przeszła wszystko. Ekspedientka wybuchnęła śmiechem. Facet nie wytrzymał:
- No co, jakieś zioło, biała mysz, kawałek sznurka i jeszcze o trawę w dropsach pani pyta...
Przez chwilę miałam ochotę zapytać faceta, gdzie on tam widzi białą myszkę...
Przy zakupach dla moich zwierzaków często zdarzają się takie sytuację, zdążyłam się więc już niejako uodpornić. W innym sklepie przez jakiś czas hitem był tekst:
- To dla pani?
- Nie, dla kota...
                                                                                    ***   ***    ***

Ta mięta Joanny nie dawała mi spokoju.Pachniała mi pod nosem i ciągle czułam jej smak. Pamiętna akcji w zoologicznym wysłałam esemeska :
"Myślisz, że jakbyś spakowała w kopertę trochę miętki i mi wysłała to by nas nie zamknęli?".
Joasia podjęła ryzyko.
Nie doceniłyśmy jednak zdolności Poczty Polskiej...
Między mną a Asią jest jakieś czterysta kilometrów z hakiem. Jakieś 5 godzin drogi autem.
Przesyłka została nadana w poniedziałek. Przyzwyczajona, że listy z reguły idą do mnie w trybie ekspresowym, maksymalnie 2 dni z drugiego końca Polski, w środę zaczęłam warczeć na skrzynkę. W czwartek śmiałam się do Joasi, że ktoś mi ukradł przesyłkę i teraz siedzi i chleje moją miętkę.W piątek w pracy bardzo poważnie zaczęłam się zastanawiać, czy nam tej koperty jednak nie prześwietlili i nie pomyśleli, że to marycha... 
Otwierając skrzynkę po pracy wyciągnęłam dwie koperty ze swoimi danymi. Już wiedziałam co było w tej drugiej....

                                                                                     ***  ***  ***

Ten drugi początek zaczął się od grypy. Już w tygodniu, bez żelaznego zestawu w pracy mogłam pomarzyć o jako takim funkcjonowaniu. W weekend postanowiłam się więc porządnie wygrzać w domu.
Pod warstwą dwóch kołder i koca, nasmarowana rozgrzewającą maścią zdychałam z przejmującego zimna. Wytoczyłam więc ciężkie działa. Gorąca kąpiel, termoaktywna piżamka i grube skarpety z wełenki, które przywiozłam z Dolnego Śląska z wizyty u mamy, w czasie której dzieliłyśmy skarby z pudełka od cioci Joli, pozwoliły mi wygrać tę nierówną walkę. Nierówną dla grypy oczywiście ;)
W trakcie tego chorowania jednak zdałam sobie sprawę, że moje cudownie ciepłe skarpetki mam w ilości sztuk jeden. Od nieszczęścia uchroniła mnie druga para, tym razem narciarskich skarpet, które dostałam w prezencie od mamci.To już nie było to samo, ale zawsze były lepsze od zwykłych... Nie namyślając się zbyt długo odpaliłam tableta, wlazłam na facebooka, odpaliłam wiadomość do cioci Joli i zaczęłam skomleć o drugą parę. No niech mam na zmianę chociaż.... 
W trakcie mojego chorowania, na zdjęciach profilu cioci obserwowałam powstawanie moich skarpetek z cudownej owczej wełenki... 

                                                                                   ***   ***   ***

    Tak wyglądała zawartość moich dwóch przesyłek, z których cieszyłam się jak dziecko. Zapach jaki roztaczał się wokół nich aż nam kręcił w nosach, bo sam zapach prawdziwej mięty z ogródka zrobił swoje, a ciocia wyprała skarpetki w swoim ulubionym płynie do płukania, który mam w planie odszukać na sklepowych półkach.
I może ktoś pomyśli "siara". "Kto w tych czasach nosi takie skarpety". "To już stare i niemodne". I niech sobie myśli co tam jeszcze sobie chce. Wszem i wobec oznajmiam, że dla mnie są to najcudowniejsze skarpetki pod słońcem. Robione ręcznie, z serca, z miłości, specjalnie dla mnie. Naznaczone domem pełnym miłości, kocim futerkiem, ulubionym fotelem cioci, parą drutów, kłębkiem wełny i poświęconym specjalnie dla mnie czasem. Nie potrzebuję większego dowodu miłości. Dziękuję ciociu :*

   Tego wieczoru zaparzyłam miętkę celowo w przezroczystym kubku,żeby cieszyć się również jej widokiem i zamykając oczy ze szczęścia rozpamiętywałam wieczór u Joanny. Możecie się śmiać, ale zaczynam doceniać piękno takich chwil. Miłość mojej rodziny. Miętę od Joanny. Skarpetki od cioci i mamy. Bluzę, którą mój mąż specjalnie ściąga, i którą mi oddaje by było mi cieplej. To wszystko sprawia, że czuję się kochana i bezpieczna. Jestem dla nich ważna tak samo, jak oni są ważni dla mnie. I to jest piękne. Dziękuję kochani :*
Dziękuję za to, że jesteście...

poniedziałek, 12 października 2015

77 gram dziennie, czyli odchudzam kota

Moje cudowne, kochane, najwspanialsze, miałczące 6kg i 100gram Totusia.
Do tej pory zawsze wrzucałam mu do miski dzienna porcję i sobie zajadał.
Plus przysmaczki.
Jakaś kolacyjka.
Totuś tak uwielbia żółty serek i tuńczyka. I orijena.
Zapasłam kota. Tak, tak ja. Na pewno ja, bo tylko ja w domu karmię koty.
Szlak.
Totuś miałkunia.Niby zdrowy, niby wszystko w porządku, ale kupka jakaś nie taka. Miałkusia jakby go coś bolało. W nocy tak miauknął, że mi serce w gardle stanęło. Powiedziałam sobie DOŚĆ.
Po konsultacji z moją Panią weterynarz ustaliłyśmy 77g karmy suchej na dobę +ewentualnie 20g mokrego.
Efekt finalny ma wynosić 4,5- 5kg kota max.
Dla lepszego samopoczucia kota i lepszego zdrowia.
Już się duchowo i emocjonalnie nastawiam na wojnę.
Już się boję co będzie.
Już się zastanawiam jak tu wytrzymać. Jak tu być konsekwentną.
I muszę kupić wagę kuchenną.
Pewnie mnie obsztorcujecie, że nie mam, że to podstawa, że jak ja mogłam, że o kota trzeba dbać...
Macie rację. Nie wiem dlaczego sobie wyobrażałam, że skoro je to znaczy, że jest głodny. Że skoro miska jest pusta a on krzyczy przed nią to trzeba mu dać.
Tłumaczyłam sobie, że po takich gonitwach z Furią jakie wyprawiają po całej chałupie nic mu nie będzie.
No to mam.
Pocieszam się tylko, że to dla jego dobra. Że jak schudnie to już nie będzie tak strasznie miauczał, nie będę się tak bała o niego...
 No nic, zajmę go czymś. Będziemy się więcej bawić. Może razem pobiegamy po mieszkaniu... Ech... 77gram.... toż to tyle co nic :(


sobota, 10 października 2015

Limuzyna cabrio

Mam ochotę zaśpiewać jak w starej piosence z reklamy. "Wszyscy mają (mambę) MAM I JA". No, może nie mambę ale PET CARGO CABRIO. Transporter dla moich dzieciaków :)
Niesamowite jest to jak szybko przyszedł. Zamówiłam wczoraj, a dzisiaj mam go już w domu. Śmiałam się dziś do wszystkich, że chyba go z tej Łodzi samolotem wysłali.
UWAGA!  Nie sprzątałam do zdjęć ;)

                               Dopiero gdy wgrywałam te zdjęcie zobaczyłam wielkie oczy Iśki ;)


Kiedy ja się zajęłam rozpakowywaniem części transportera, jak się można łatwo domyślić, dzieciaki zajęły się wolnym kartonem.




                                                    A tak wyglądał transporter tuż po wyjęciu z paczki.











Już po złożeniu. Szczerze mówiąc mam wrażenie, że jest... mały. Ale może mi się tylko wydaje. No w każdym razie mam dziwne przeczucie, że z transportem dwóch kotów jednocześnie może być problem.
Ale tak naprawdę zależało mi na tym, żeby Furia miała wygodnie i żeby był do niej łatwy dostęp. W przyszłym miesiącu ma mieć sterylkę. I tu się nie zawiodłam, ale mimo całego mojego zachwytu transporterem odczułam pewien żal.

Brak instrukcji w języku polskim. Zdenerwowało mnie to. Pracuję w hurtowni BHP i wiem doskonale, że obowiązkiem producenta jest zapewnić instrukcję obsługi w języku kraju, do którego towar eksportuje. Nawet na karmie sprowadzanej z Niemiec na przykład, są naklejone nalepki po polsku. Wiem z doświadczenia jak to człowiekowi może zatruć życie, kiedy się ktoś uprze na taką instrukcję. Nikt nie każe im od razu przerabiać starej. Wystarczy dołączona osobna kartka w naszym języku. Jedynym polski wyrazem było słowo GRATIS. Tym gratisem był pasek do transportera. Dziwne. Wszędzie widziałam w zestawie...
Dobrze, że obrazki są tak stworzone, że słów nie potrzeba...ale i tak mam wrażenie, że coś zrobiłam nie tak, bo moje klapki nie są dopasowane idealnie. Przy zamykaniu mam mały problem z zatrzaskami. Może jutro rozbiorę i złożę jeszcze raz.

Udało mi się ją kupić w całkiem przystępnej cenie 160zł, choć w brodę sobie plułam, bo kilka dni temu widziałam takie same po 140. Było ich na tyle dużo, że myślałam, że mam czas. Zeszły w rekordowym tempie- w dwa dni chyba. Kiedy zobaczyłam, że cena tych transporterów niebezpiecznie wzrasta do 209 a nawet 220zł (swoją drogą ciekawe dlaczego), postanowiłam nie zwlekać dłużej i zamówiłam od razu. No fakt - po 136,70 mogłam mieć szaro-pomarańczową. Ale pomarańczu to ja się tyle w pracy naoglądam, że już wolałam dopłacić byleby go nie oglądać jeszcze i w domu ;)

Plusem jest fakt, że przednią ściankę można zdemontować i schować, żeby się nie uszkodziła ( zapasowa kosztuje 55zł ) i transporter może służyć jako dodatkowa kryjówka kociaków, co na pewno wykorzystam jak tylko znajdę takie miejsce, gdzie będę mogła schować przód bez obawy, ze go sama uszkodzę wpychając coś nowego do szafki.

System wentylacji transportera ma swoje zalety i wady - fakt, do przewozu w samochodzie, do czekania w dusznych poczekalniach przed gabinetami - idealny. Ale gdybym miała z nim iść pieszo w zimę, w przejmujący chłód, zacinający deszcz czy śnieg, kot mógłby zmarznąć.
Może pomyślę nad jakimś ocieplaczem. Chociaż... nawet gdyby nam się zepsuł samochód to zostają jeszcze taksówki, więc może nie warto?

Z czystym sumieniem ( uwaga reklama) polecam wszystkim firmy, które korzystają z transportu firmy FedEx. Rzeczywiście błyskawiczna dostawa. To już druga paczka, którą mi przywieźli i nawet nie miałam problemów, kiedy zapytałam o ewentualne sporządzenie protokołu, gdyby z zawartością paczki było coś nie tak. Jak na razie duży plus za dostawę.

Mimo rozżalenia po męczącym składaniu i użeraniu się z instrukcją jestem zadowolona z tego, że Funia będzie miała zapewnioną wygodę. Jednocześnie nieuchronnie zbliża się termin kontroli i zabiegu i... panikuję. Strach przed tym, że to mogą być ostatnie chwilę z moją dziewczynką, że coś może pójść nie tak, niemal odbiera mi oddech. Kocham ją miłością tak bezwarunkowo wielką, że tylko kociarz zrozumie mój strach.
Pozostaje mi tylko nadzieja....



wtorek, 6 października 2015

Droga naznaczona morderstwem...

W mojej wyobraźni z całej siły rzucam szklanką o ścianie rozbijając ją na tysiące drobniutkich kawałeczków. Dźwięk tłuczonego szkła rani moje uszy. Kawałeczki tego szkła wbijają się w moje i tak poranione już serce. Gardło mam zaciśnięte do granic możliwości. Tak ciężko oddychać.
Zginam się wpół i moim ciałem wstrząsa spazmatyczny szloch. Ból odbiera mi siły. Oczy robią się tak szklane, że tekst się rozmywa. Mam ochotę krzyczeć. Krzyczeć aż do zdarcia gardła. Krzyczeć tak, by ten dzień rozbił się pod wpływem fal mojego głosu jak tamta szklanka.
Zaciskam zęby i zamykam oczy. Słyszę znajomy dźwięk motoru. Widzę jego twarz. Jest dobrze. Uspokajam się, choć po mojej twarzy płyną potoki łez. Już tylko tak mogę z nim rozmawiać.
Już tylko tak...
Dziwnówek. Droga Nr 102. Droga, którą nigdy nie jeździł. Droga, na której nie powinno go być.
Bartosz. Żołnierz jadący na służbę. Zawodowy kierowca, który odruchowo zatrzymał się widząc ludzi przy przejściu dla pieszych.

"Ze wstępnych ustaleń funkcjonariuszy wynika, że kierujący ciężarowym Volkswagenem nie zachował należytej ostrożności podczas skrętu w lewo czym wymusił pierwszeństwo przejazdu nadjeżdżającemu z naprzeciwka motocykliście. 27- latek próbował ratować się hamowaniem, jednak stracił panowanie nad Hondą i przewrócił się uderzając w metalowy element platformy hydraulicznej. Mieszkaniec powiatu gryfickiego zmarł mimo prowadzonej reanimacji. Kierujący ciężarówką 59-latek był trzeźwy". 
Źródło

Dziennikarze obecni podczas pracy prokuratora szukali sensacji do tego stopnia, że w serwisach ukazały się informacje sprzeczne do tego stopnia, że w końcu z Volkswagena zrobili Mercedesa, a z Bartka "jadącego z dużą prędkością motocyklistę". I tylko Ci, którzy widzieli tę drogą wiedzą, że od miejsca, w którym Bartek puszczał ludzi na pasach do miejsca, w którym drogę zajechał mu dostawczak nie miał szans rozwinąć dużej prędkości. Oni i świadkowie, którzy byli na miejscu.
Oni i kamera, która zarejestrowała wypadek.
Ktoś powiedział, że myślał, że Bartek zaraz wstanie, otrzepie się i da gościowi w mordę.
Ale Bartkowi na tamtej drodze życie uciekało przez palce. Sekunda po sekundzie.
Minuta po minucie.
Kropla po kropli.
Miał przeciętą tętnicę.
Karetka przyjechała za późno.
Serce Bartka stanęło.


Od tamtej pory nigdy już nie ukazał się o nim żaden artykuł. Żadne sprostowanie. Tak łatwo skupili się na tragedii, pokazali najdrastyczniejsze szczegóły, nawet nie zadając sobie trudu zainteresowaniem się kim był. Co stało się z człowiekiem, który wtedy, w ten lipcowy wieczór stał się mordercą. Był dla nich kolejnym numerkiem w statystyce.

Dziś są kolejne urodziny Bartka.

Po raz kolejny zastanawiam się dlaczego ten facet jeszcze nie siedzi.
Po raz kolejny przeklinam ludzi, którzy wtedy przechodzili przez te cholerne pasy.
Po raz kolejny zapalam świeczkę na jego wirtualnym grobie,
Po raz kolejny obok jego zdjęcia tworzy się mały ołtarzyk.
Mrok rozświetla blask świec i cień padający z jego zdjęcia.
To jeszcze nie ten czas, nie ta pora by się pożegnać.



"Nigdy nie umiera ten, kto na zawsze trwa w pamięci innych...".

Kiedy dziś zamknę oczy, spotkamy się po drugiej stronie.
Gdzieś pomiędzy jawą a snem.








poniedziałek, 5 października 2015

Koci Kotek :)

Wspominałam już tu o kocich kotkach i o tym co się dzieje kiedy kot ma swoją UKOCHANĄ zabawkę. No może nie wspomniałam, że wytarłam kurze pod wszystkimi szafkami własnymi rękawami w poszukiwaniu kocich kotków. I pewnie też nie mówiłam, że nakupowałam jak idiotka podobnych zabawek w nadziei, że jednak, że może akurat ta, że może zapomną.... Na pewno nie wspomniałam, że w hurtowni kocich kotów nie było i kazałam Pani sprzedawczyni dzwonić tam żeby mi w trybie awaryjnym szukali kocich kotków bo ja nie odpowiadam za straty jakie poniosą jak napuszczę na nich moje koty. Na szczęście Pani ekspedientka z pod ziemi wykopała jednego. Zawsze to już było coś. Nie napisałam, że się o tego jednego kotka prawie pobiły i już nawet mój mąż szukał tych cholernych kotków po całym mieszkaniu. Znalazł drugiego.
Kocich kotków przyszło w końcu dzisiaj 15. Przy czym pani mnie poinformowała że nie ma na nie papieru i zaczęła dzwonić do szefowej.Zdesperowana stwierdziłam, że nie wyjdę bez nich choćbym tam miała do 18 siedzieć. Co prawda kupiliśmy im jeszcze laserek i bańki mydlane i było czym odwrócić ich uwagę, ale kocich kotków pilnowaliśmy już jak oka w głowie.
Wyszłam z całym pakietem 15 kotków. Paczajcie :)



















czwartek, 1 października 2015

Pod znakiem Czarownicy z Wilczej Góry

   Joanna. Człowiecze wcielenie wilczycy. Czarownica najwyższego stopnia. Wariatka. Kwintesencja ludzkiej (nie)doskonałości. Joanna. Moja przyszła szwagierka.
   Są ludzie, których spotyka się po raz pierwszy i zmieniają nasze życie. I tak też było z Joanną. Jeśli istnieje jakieś poprzednie życie, to na pewno się w nim znałyśmy. Od pierwszego kopa nie miałyśmy problemów z komunikacją.Zanim się jeszcze tak naprawdę poznałyśmy, byłyśmy już właściwie  zakumplowane. Z Joanną wszystko jest inne. Moja pierwsza wizyta u niej zupełnie nie trzymała się standardów gościnności.I żebyście mnie nie zrozumieli źle- to nie tak, że jest niegościnna. Po prostu ja, a właściwie my - bo byliśmy tam we trójkę z mężem i mamą nie czuliśmy się jak goście. Ot, jakby się było u siebie. Na samym wejściu pokazała nam salon i kazała rzucić kurtki "tam gdzieś", co potraktowałam całkowicie dosłownie. Rzuciłam kurtkę za siebie na fotel, torebkę na podłogę, nie przejmując się zupełnie tym, że pewnie zwróci mi uwagę, że nie kładzie się torebek na ziemi. Ucieszyłam się, kiedy na ten temat  nie zająknęła się ani słowem . Usiłowała wyrzucić psy z pokoju, co jej kompletnie nie miało prawa wyjść przy takich psiarzach jak Sławek i mama. Wygrali bezkonkurencyjnie. Rozsiadłam się przy ławie, którą kompletnie zawaliłyśmy papierami. W porzuconą na podłodze torebkę, mordę wepchnął pies. Wielka czarna bestia z charakterem baranka o imieniu Nergo, co udało się zapamiętać tylko dlatego, że od razu go przechrzciłam na Nergala. Szukał zapewne przysmaków, którymi przesiąknęła moja torba, a w której noszę coś zawsze na " do widzenia" i " wróciłam" dla moich kotków. Spóźnił się biedaczek, Furia z Totusiem zeżarli wszystko. W pokoju było istne pobojowisko. Zastanawiałam się co ona sobie myśli. Psy szalały a nam to kompletnie nie przeszkadzało. Uwierzyła, że u nas to normalne czy myślała, że my tak z grzeczności nie reagujemy? Bo przecież nie wiedziała jeszcze, że u nas dwa koty, pies, świnka morska, myszoskoczek...
Nie chciało mi się wysilać na uprzejmości. Już dawno przestałam się podkładać pod ludzi. Mnie się albo lubi, albo nieznosi, I kompletnie mnie nie interesuje co kto o mnie myśli. Nie udawałam innej niż jestem, ale chyba się tym nie przejęła, bo odniosłam wrażenie, że ona też nie udaje, tylko po prostu jest sobą. W przedpokoju jakaś życiowa ciamajda robiła jej zabudowę wnękową raz po raz waląc łbem o ściany. Przeszło mi przez myśl, że ja bym gościa wywaliła. Zaraz potem się zdziwiłam, bo pomyślałam że ona też i zastanowiło mnie co on tam jeszcze robi. Zagadka się wyjaśniła kiedy się okazało, że to jakiś znajomy rodziny. No cóż. Czasem się człowiek musi męczyć dla dobra ogółu.Takie życie.
Wieczorem byliśmy u nich na.... w sumie nie wiem czym.Kolacji chyba bo było dużo żarcia i nawet Sławek nie marudził choć 3/4 składało się z produktów, których zwykle nie jada. Ucieszyłam się. W przeciwieństwie do mnie jest dobrze wychowany, zeżarł i teraz przynajmniej wie, że dobre. I spodobało mi się to, że zrobiła to co sama lubi i nie usiłowała dopasować się do nas.
Przed tym kolacyjnym spotkaniem jakimś cudem zdążyła posprzątać. Żadnego najmarniejszego nawet kłaczka. Psiaki spały grzecznie na dywanikach. Coś tu było ewidentnie nie w porządku. Miało być po domowemu. Sławek jako kierowca nie mógł pić, więc Joanna nastawiła wodę na herbatę strasząc go miętą z własnego ogródka. Haha już widziałam minę Sławka pijącego te pływające farfocle z mięty :) Poleciałam za nimi wyżebrać jej trochę dla siebie, mimo pełnego kieliszka wina stojącego już na stole.
Siadając z powrotem z tą miętą przesunęłam fotel, żeby sięgnąć po coś co stało za nim i.... odetchnęłam z ulgą. Za fotelem były kłaczki. Kamień spadł mi z serca. Sprzątała pobieżnie. Jak ja. Nie była jakąś maniaczką czystości i nie miała jobla na tym punkcie. Nie znoszę ludzi, którzy latają ze szmatą dla byle pierdoły. Na szczęście ona była normalna. Rozsiadając się z tą herbatą mlasnęłam z zachwytu. Zauważyła. Ja też zauważyłam, że zauważyła. Wymieniłyśmy spojrzenia na zasadzie  "myślałaś, że udaję, że lubię miętę?!?" ," super, że Ci smakuje i nie udajesz, że lubisz". I pewnie pomyślicie, że zwariowałam. Absolutnie nie. Z Joanną się porozumiewa na poziomie komórkowym. Słowa wibrują w powietrzu, nie trzeba ich nawet wypowiadać.
Wieczór przegadaliśmy o wszystkim. W tle grał sobie telewizor, zapewne na wypadek, gdyby nie było o czym gadać. Ucieszyłam się, że o tym pomyślała. Stworzyła klimat, w którym każdy czułby się nieskrępowany, nie zauważając niezręcznej ciszy gdyby takowa zapadła. Wiedziałam, że przy niej to niemożliwe, jednak miło mi było, bo pewnie zrobiła to odruchowo, nawet się nad tym specjalnie nie zastanawiając. Podświadomie dbała o to, by ludzie w jej towarzystwie czuli się dobrze.
W pokoju Joanny czuło się smak, który mnie niestety nie wychodzi nawet kiedy próbuję odgapiać z projektów. Jest urządzony tak, żeby czuła się w nim dobrze. Wszystko co się tam znajdowało krzyczało nią. Każdy detal opowiadał o niej. Stosy książek na regale. Aparat zostawiony na wierzchu. Ramka z napisem w stylu " Jeśli masz psa jesteś bogata". Pusty stolik rtv czekający na zagospodarowanie. To nie był zwykły pokój.  Ale ona nie jest zwykłą dziewczyną. Nie wiem, w którym momencie zrozumiałam, że ją kocham. Nie wiem, w którym momencie zrozumiałam, że odkąd się pojawiła wszystko się zmieniło. Przy niej i bez niej nic nie jest takie samo. Człowiek ma ochotę zrobić krzywdę każdemu, kto spróbowałby ją nam odebrać. I wtedy zrozumiałam słowa z obrazka, który mnie ostatnio prześladował. Było na nim coś w stylu, że dusza w niebie dzieli się na dwie części by na ziemi znaleźć swoją drugą połowę. I to jest historia Joanny. Mieliśmy to szczęście, że znaleźli się z Witkiem, bo ona od zawsze należała do naszej rodziny. Jest nasza tak bardzo, że złapałam się na tym, że kiedy widziałam Witka samego pytam go z wyrzutem w głosie gdzie jest Aśka. Bo jak to tak łazi bez niej po mieście. I kiedy odpowiadał banalne" w pracy jest pewnie" uświadamiam sobie, że przecież o tym wiedziałam a jednak dotkliwie odczuwałam jej brak. Tak jakby bez niej Witek nie był "kompletny" jeśli rozumiecie co mam na myśli. Tak jakby nasza rodzina dopiero teraz była w komplecie. Zupełnie nie rozumiem jak, a jeszcze bardziej kiedy, ale Joanna swoją osobą sprawiła, że wszyscy razem i każdy z osobna- jesteśmy szczęśliwsi. Wracając do domu w tym deszczu i zachodzącym słońcu już za nią tęskniłam. Brakowało mi tej magii, którą wytwarzała. Tej (nie)zwyczajności przebywania z nią. Ale dziś, kiedy minęło już kilka dni, zauważyłam, że to nie tak. Znajduje dla mnie czas, w każdej sekundzie kiedy jej potrzebuję. Pogadać, pożalić się, poradzić. Jest w każdym selfi na fejsie i w każdym komentarzu, który jest zachętą do zaczynania rozmowy. Nie wacham się użyć słów, że jest królową naszych serc. Taka śliczna, mała blondynka. Joanna. Skarb naszej rodziny. Nasza czarownica.


poniedziałek, 28 września 2015

Bo wypadałoby się przywitać...

    Nazwa tego bloga powstała jakieś 300 km od miejsca mojego zamieszkania, w podróży powrotnej z rodzinnego domu na Dolnym Śląsku, w trakcie magicznej podróży, podczas której w moim umyśle był taki natłok myśli, że minęła zanim się obejrzałam.
Pogoda też była magiczna. Padał deszcz. Jadący przed nami TIR, choć może to była cysterna rozbryzgiwał mokre kałuże prosto na przednią szybę naszego auta. Wilgoć unosiła się w powietrzu i osadzała się na szybach.Wszystko parowało. Mrok zapadał wokół. Typowa, szara, jesienna plucha. I wtedy mój wzrok padł na krajobraz z boku. Zachodzące słońce złociło się na tle granatowego, bezchmurnego nieba. Tam nie padało. Zupełnie, jakby ktoś nam podzielił świat na pół. Na prawo piękny, złocący się wieczór, na lewo zimno i mokro. Całości dopełniały co chwilę przychodzące sms od Joanny, ale o Joannie będzie następnym razem. Chyba tak naprawdę to ona była moją motywacją do tego, żeby ten blog wreszcie powstał. No i postanowiłam jakoś wykorzystać tę podróż.
    Mknąc po mokrym asfalcie, wśród zachodzącego słońca i jesiennej pluchy powstała właśnie ona -Siembilandia-kraina mojego życia, moich marzeń i pasji. Witam Was tutaj. Mam na imię Magda.    
   Stworzyłam to miejsce przede wszystkim po to, by było to takie moje miejsce, gdzie mogę pisać o wszystkim, nie zaśmiecając bloga moim ukochanym kotom, co nie znaczy, że nie będzie ich i tutaj, bo koty to miłość mojego życia. Zastaniecie tutaj prozę życia i magię codzienności. Wszystko co śmieszy, złości i smuci. Zapraszam.

środa, 9 września 2015

Zuzia- laleczka nieduża...

   Wyjazd na Dolny Śląsk był nieunikniony. Trzeba było załatwić całe mnóstwo spraw związanych z wykupieniem Tatowego mieszkania, podjąć całe mnóstwo ważnych decyzji, dopilnować trwającego remontu i znaleźć opiekunkę dla moich kotków. Rozstanie z nimi też było nieuniknione od czego od samego początku trafiał mnie szlag i jechałam pod przymusem. Opiekunka musiała być sprawdzoną kociarą i do tego najlepiej bezdzietną. Totuś nie lubi dzieci odkąd synek mojego znajomego zaczął chodzić.Maks więc odpadał w przedbiegach, w dodatku był na walizkach bo miał wyjeżdżać lada moment za granicę, nie wiadomo dokładnie było kiedy to miało nastąpić, jego żona miała wyjeżdżać na ślub no i w dodatku mieli te nielubiane przez Totusia dziecko. I psa. Psa, którego nie znał ani Totuś ani Furia, psie dziecko właściwie, które zabierali ze sobą wszędzie i pewnie przyszli by z nim
 ( i z dzieckiem) karmić moje koty. Odpadało w przedbiegach. Jak się potem okazało- słusznie- Maks dostał telefon i wyjechał na dzień przed moim powrotem z Dolnego Śląska. Gabrysia- moja ukochana przyjaciółka, skończyła już sześćdziesiątkę i nie miałam ani prawa ani sumienia obarczać jej włażeniem na czwarte piętro, schylania się do miseczek i czyszczenia kocich kuwet. Nie, Gabrysię postanowiłam oszczędzić. Edyta była idealna. Zapalona kociara, bezwzględnie pedantyczna na tle porządków, młoda, bezdzietna, bez zwierząt bo właścicielka wynajmowanego mieszkania nie pozwalała... Tak... Z Edytą o moje kotki byłam spokojna. Też się potem okazało, że słusznie, po powrocie miałam w chacie taki błysk, że się czułam jak w hotelu... Mimo wszystko nie zmieniało to faktu, że miałam być dwa tygodnie poza domem. Moje kotki miały być dwa tygodnie z Edytą, ale Edytę znały mało, no i były beze mnie. Nigdy na tak długo jeszcze ich nie zostawiałam....
     Przed wyjazdem zapchałam kocią szafkę na umór tak, żeby na pewno niczego im nie zabrakło.Zdałam sobie jednak sprawę z tego, że tak naprawdę to ja mam problem. Nie wiedziałam jak wytrzymam te dwa tygodnie bez moich skarbów. Spędzałam z nimi każdą wolną sekundę. Im bliżej było do wyjazdu tym bardziej olewałam niezbędne czynności w domu by spędzić z nimi jak najwięcej czasu. Ostatniego dnia już nie dało się zwlekać. Musiałam ogarnąć całą chałupę, spakować rzeczy i przygotować szafkę na rzeczy Edyty.
   Że ona mnie nie miała dość to ludzkie pojęcie przechodzi. Co rano, zaraz po przebudzeniu pytałam o moje kotki bez względu na to która była godzina. Komitywa między nimi doszła do tego stopnia, że Furia którejś nocy przyszła spać do niej do łóżka. Zabawy trwały bez końca. Pokochali się wzajemnie wszyscy :) Któregoś razu dostałam MMSa:

 a później następnego:


    
    W domu Taty też są dwa koty i pies. Jednak od pierwszego kopa to Zuzia zdobyła moje serce. Choć ciągle wydzwaniałam do Edyty z informacjami co u moich kotków Zuzia w dużej mierze pomagała mi w rozłące.





  Była przymilną kotką , wg Taty - pięciomiesięczną, uwielbiała kiedy się ją głaskało, ale kiedy brało się ją na ręce wyła wniebogłosy. Na początku wydawało mi się, że to ze względu na to, że mnie nie zna i nie jest do mnie przyzwyczajona. Niestety prawda okazała się dużo gorsza. 
   Któregoś dnia poszła do kuwety. Kiedy wylazła odruchowo chciałam posprzątać. W kuwecie była krew. Nie zastanawiając się nawet sekundy chwyciłam za telefon. Ale byłam w małym mieście, gdzie weterynarzy było niewielu, a niektórych znałam jeszcze z czasów kiedy tam mieszkałam i wiedziałam, że nie do każdego bym z nią poszła. W dodatku była sobota. 18:50.  Trzy pierwsze telefony napełniły mnie rozpaczą.  Czwarty okazał się udany. Choć z oporami , ale weterynarz zgodził się przyjechać do swojej kliniki po godzinach.
Pan doktor obadał Zuziunię. 
- Jak ma na imię?
-Zuzia...
- No piękna kotka. Jak w tej piosence " Zuzia lalka nieduża". I nawet oczy ma jak 5 zł...
Popatrzył na mojego Tatę:
- Coś Pan nie trafił z tym wiekiem. Zuzia jest w ciąży niestety obawiam się, że trwa akcja poronna...
Serce mi zamarło.
Mój ojciec nie zdawał sobie sprawy jak bardzo to jest niebezpieczne. Miał do zwierzaków podejście zgodne z rocznikiem 1945.
Zuzia dostała leki przeciwkrwotoczne i całą masę jakichś leków.
Następnego dnia w dzień było dobrze. Niestety wieczorem, o 20:00 znowu było źle. Kot mi leciał przez ręce. Weterynarz nie odbierał. Ojciec szalał.W aptece kupiłam glukozę i poiłam ją strzykawką całą noc, żeby tylko dotrzymała rana. Rano nie odbierał żaden weterynarz w mieście. Nasze auto stało u mechanika. Na szczęście do miasta przyjechał kolega męża. Wsadziliśmy Zuziunię w kontenerek i pojechaliśmy do pobliskiego miasta. Pan doktor obejrzał kotunię:
- Musimy ją wysterylizować. płody są już martwe. Musimy ratować matkę. 
Trzęsłam się ze strachu całą operację. Kiedy ją odbierałam lekarz standardowo wyklepał formułkę, którą wszyscy kociarze znają na pamięć. Że dzisiaj tylko ma pić a jutro może już jeść. Zuzia nie chciała ani pić ani jeść. Dostała żółtaczki. Następne dni wypełniły kroplówki, antybiotyki, nieprzespane noce bo bałam się zasnąć i strach jakiego rodzaju jest ta żółtaczka. Badania kazałam zrobić na wszystko. Ale na te najważniejsze trzeba było czekać do poniedziałku, a ja wyjeżdżałam w piątek...
Na dwa dni przed odjazdem Zuzia już czuła się lepiej, a i żółtaczka jakby odpuszczała. Weterynarz był ostrożnie optymistycznie nastawiony.

W dniu odjazdu Zuzia jeszcze brała antybiotyki, ale już wzgardziła swoim transporterkiem i przeniosła się na okno.



Wyniki wyszły ujemne. Zuzia jest zdrowa w każdym calu :) Wyżyła moja kochana koteczka, choć niestety dzieci nie udało się uratować.... Cały czas wyrzucam sobie, że może gdybym zareagowała od razu, gdyby mnie zastanowiło dlaczego tak straszliwie miauczy kiedy się ją bierze na ręce, może maluchy by przeżyły... Niestety, Zuzia już nigdy nie zazna macierzyństwa i nawet nie chcę myśleć co się działo przez cały ten czas w jej ślicznej kociej główce... 

  Choć remont trwa nadal, od mojego wyjazdu minęło już półtora miesiąca. Zuzia doszła do siebie i nadal codziennie rano budzi mojego ojca punktualnie o 3 rano na kocie sniadanko :) Mój Tata przestał oszczędzać na kotach co wpłynęło pozytywnie zarówno na Zuzię jak i drugiego kocurka- Bobusia.Nauczył się, że czasem warto mniej a lepiej. Niedawno mąż był na Dolnym Śląsku po raz kolejny. Przeprowadził inspekcję wszystkich zwierzaków. Na szczęście pozytywną. Przywiózł mi nawet filmik na którym mój Tata bawił się z Zuziunią, który wrzucę jak tylko zgram z jego telefonu. Moja Zuzia żyje. I to jest najważniejsze...



Filmik dorzucony. Jeszcze nie umiem dobrze ustawić muzyki do długości filmiku. Ale jak się nauczę to podmienię filmiki ;)

środa, 19 sierpnia 2015

Nowe życie ... Przedstawiam Julię !

Ten post miał powstać dawno temu. Jak to jednak w życiu bywa okoliczności sprawiły, że musiał trochę poczekać na publikację. Postanowiliśmy w końcu wykupić i wyremontować Tatowe mieszkanie co wiązało się z załatwianiem kredytu, ekipy remontowej, hydraulików, kominiarzy, pozwoleń ( zmieniamy ogrzewanie na gazowe) i całą masą innych rzeczy. Mieszkanie nie jest może duże bo to 36m kawalerka, ale zawsze to jakieś zabezpieczenie na przyszłość.
Do tego doszła jeszcze tragedia- zmarł ukochany kot mojego przyjaciela.
Nie miałam więc ani czasu, ani sił i tak naprawdę nawet chęci do tego, by siadać przed komputerem żeby pisać co u nas. Potrzebowałam czasu żeby uporać się wewnętrznie z tym co bolało najbardziej.
Teraz postaram się kawałkami przybliżyć co działo się u nas a działo się dużo.
Przede wszystkim Totuś został wujkiem a Furia - ciocią. Ich siostrzyczka - Julia, która mieszka u mojej przyjaciółki, została mamą pięciu ślicznych kocich osesków.



W pewien  wtorkowy, kwietniowy wieczór, koło godziny 20.00 dostałam telefon, że Julka rodzi.
Wisząc z Renatą na telefonie prawie do 23.00 odbierałyśmy koci poród. Razem z nami w porodzie uczestniczył pięcioletni synek Reni- Adaś. Ani na chwilę nie chciał zostawić swojego ukochanego kotecka. Dzielnie siedział na podusi koło niej. Wzruszyło mnie to niesamowicie. Obecność Adasia - wybranego opiekuna Julki sprawiła, że czuła się bezpieczniej. Urodziła pięć cudownych, zdrowych kociaków.




                              
Julia była najdzielniejszą mamą na świecie. W opiekę nad kocimi oseskami zaangażowana była cała jej rodzina. I  nawet wychodne sobie robiła wiedząc, że jej dzieci są pod dobrą opieką. Wszystkie maluchy znalazły kochające domy. Ponieważ nie wiadomo czy następny miot rozszedłby się równie szybko, a Julka jest jednak kotem wychodzącym, została zabezpieczona przed następnym miotem. Test macierzyństwa jednak zdała bezbłędnie.