sobota, 28 lutego 2015

Kryjówka Furii - Dla JolkiM

Sami wiecie jak to jest jak ktoś Wam coś zasugeruje....  Tak było z JolkąM :) Po poście o świśniętym przez Furię długopisie z zamoimidrzwiami, wjechała mi na ambicję prostym zdaniem:
" I co, nie da się wytropić, dokąd Furia wyniosła zdobycz? Ja bym drążyła. :) "
Zapierałam się, że nie będę szukać, poczekam, aż sam się znajdzie... Nie wytrzymałam :) Sama byłam ciekawa gdzie Furia go ukryła i co tam jest...
Zaczęłam od kanapy przy okazji porządków w domu. Postanowiłam się czymś zająć, żeby nie myśleć o badaniu krwi...
Za kanapą znalazłam:
- ołówek,
-niebieski zwykły długopis,
-czerwony zwykły długopis,
- ołówek do sudoku - dwustronny- z jednej strony gumka, z drugiej ołówek,
-pędzelek,
-niebieski cienkopis,
-metalowy długopis,
-zaginiony długopis z zamoimidrzwiami,
- dwie pogryzione słomki do napojów,
- kilka gumek do włosów,
- dwa kapselki od piwa,
- dwie zatyczki do uszu,
- rolkę po papierze toaletowym,
- karteczkę z ważnym numerem telefonu,
- ulotkę z Lidla,
- klamerkę od teczki od prezentacji,
- kilka papierków po cukierkach,
- jedna trytka pod dywanem + kolejna gumka

O, proszę bardzo :



W obliczu znaleziska, komody postanowiłam dziś nie ruszać... przynajmniej za kanapą już czysto ;)





Badanie krwi - Toto

Toto po raz pierwszy w swoim życiu miał dziś badanie krwi. Nie mogliśmy zrobić go wcześniej ze względu na obawę na sfałszowanie wyników. Toto był w ostatnim czasie leczony, kastrowany, odrobaczany, odpchlony i szczepiony...to dużo jak na tak małego kocurka w tak krótkim czasie.
Dzielnie zniósł głodówkę i pobieranie krwi. Nie majtnął nawet łapką, dzięki czemu krwi starczy na wszystkie badania jakie są dostępne w gabinecie- zarówno te przez maszynę jak i rozmazy ręczne. Teraz czekamy na wyniki, które będą za parę godzin.
Zaniepokoił mnie fakt, że Totuś po zabawie z Furią dziwnie sapie i chodzi z językiem na wierzchu. W serduszku żadnych szmerów nie słychać, w płucach też nic nie zalega , temperatura odpowiednia , w pyszczku brak nalotów na języku, dziąsła czyste, węzły chłonne normalne, uszka czyste...jedynie jeden ząbek jest lekko ukruszony przez gryzienie twardych przedmiotów. Sprawdzimy co wykaże krew... Mam nadzieję, że panikuję i nic mu nie jest. Waga pokazała dziś 5,2 kg.  Może to po prostu brak kondycji i trzeba go troszkę odchudzić...
W planach jeszcze mocz, ale muszę mieć jakieś wolne, żeby go przypilnować i kupić specjalny żwirek przeznaczony do takich badań-uricat-> opis- razem z pipetą do pobierania moczu-polecony przez moją Panią weterynarz. Wiem z Waszych blogów jak wygląda czatowanie na kocie siki... postanowiłam więc choć trochę sobie ułatwić zadanie tym żwirkiem. Będę musiała jedynie pilnować, żeby odpowiedni kot nasiusiał na żwirek i od razu zebrać próbkę pipetką.
Na razie jednak z niepokojem czekam na wyniki z badań krwi...


Wyników dziś nie będzie. Panią dr coś zaniepokoiło w morfologii. Rozmazu nie zdąży już dziś zrobić... Czekamy do jutra... Biochemia, FIV i FeLV  w porządku. 
Po cichu liczę na błąd maszyny. Mam nadzieję,że ręczny rozmaz da jasny obraz... 


02-03- 2015

Błąd maszyny wykluczony. Wyników nie ma dalej, ale już wiem, co zaniepokoiło Panią dr - ilość eozynofilów. Nadal czekam na rozmaz ręczny :(

piątek, 27 lutego 2015

Skarpetowo....

              Od jakiegoś czasu prowadzona jest  SKARPETA , o czym stali bywalcy wiedzą- ja, z racji tego, że jestem jeszcze nowa, biorę w niej udział pierwszy raz. Kto nie wie, nie był, wystarczy kliknąć na podlinkowane słowo skarpetki w pierwszym zdaniu. Ostrzegam, że zapłon trzeba mieć niezły. Wchodzi sobie człowiek, podoba mu się- i guzik- sprzedane. Wchodzi człowiek w pracy, myśli sobie- zamówię w domu. A w tym domu wchodzi, żeby kupić- sprzedane.  Ja się już wycwaniłam i zamawiam od razu jak tylko znajdę przedmiot, który chcę mieć modląc się, żeby nie poszły dwa meile jednocześnie, bo nie wiem komu przysługuje pierwszeństwo...
Pierwsza przesyłka już przyszła- prezent dla mamy Sławka, z okazji urodzin. Jak zobaczyłam w skarpecie od razu wiedziałam, że żadne zdjęcie nie odda uroku przedmiotu. Widziałam już takie nie raz, nie ma takiego sprzętu, żeby wydobył wszystko na raz... piękne rysy skóry, kontury rysunku... Do tego zapach... zapach takich rzeczy jest cudowny. To są tzw. przedmioty z duszą, za którymi po prostu szaleje...

Tak prezentował się na stronie skarpety:

zdjęcie zrobione przez Gosię z zamoimidrzwiami.blogspot.com

a tak zaraz po przyjściu:

I ten długopis wcale nie leży na nim dlatego, żeby pokazać Wam wielkość obrazu. Zaraz po wyjściu z poczty,w drodze do auta, nie wytrzymałam i zaczęłam rozwalać kopertę. Wyczułam coś. Pomacałam.
- Ty, Sławek, tu jest jakiś długopis...
- Co?!
-Długopis, mówię przecież...
- Może Gośka adresowała i...
- Tak,pewnie... napisała adres i wrzuciła do koperty... a w ogóle, adres jest wydrukowany i przyklejony...
Rozerwałam tę kopertę w końcu. Wyciągnęłam długopis i dziki pisk rozdarł wnętrze samochodu.
- Weź ty może wysiądź, wydrzyj się, uspokój i wsiądź spowrotem...
Mógł sobie mówić co chciał :) Ja mam !!!! JA !!!!

                                                            Długopis blogowy Małgosi :)

Właściwie to nawet dwa... miałam... Chwila nieuwagi wystarczyła, żeby Furia wyniosła mi ten drugi w nieznane mi miejsce...został jeden... Taka mała rzecz, a cieszy :)



Małgosię, i całe zamoimidrzwiami pozdrawiamy ze Sławkiem serdecznie :)

                                               Słodziaki trzy pozdrawiają wszystkich :


niedziela, 15 lutego 2015

Jeden mały Miś , a taka wielka pustka...

Przez ostatnie tygodnie było ciężko. Nie chciałam pisać, bo to zupełnie nie na temat bloga. Znajomi jednak prosili o różne informacje. A i ja już uznałam, że czas na zmiany. Wahałam się głównie z tego powodu, że założyłam bloga głównie dla moich kotków. Ale zakładać dwa kolejne tematyczne blogi, a nawet dodatkowo jednego ogólnego i prowadzić dwa, uznałam za zbyt meczące. Nie ukrywam, że moja decyzja oparła się głównie na argumentach doświadczonego już blogera. Z dniem dzisiejszym więc oświadczam, że będzie to już blog wielotematyczny.
Dzisiaj będzie o Misiu.
Miś pojawił się w naszej rodzinie, kiedy byłam jeszcze panienką. Cudowna, czarno-biała świnka morska. Mąż- wtedy jeszcze chłopak- kupił ją na targu zwierząt. Był identyczny jak jego poprzednia świnka, z którą był niesamowicie zżyty. Miał ją 12 lat. Miś nie dostał imienia- został na zawsze Misiem- ukochanym pupilkiem Sławka, niesamowicie inteligentną świnką, którą uwielbiał każdy kto miał z nią styczność. Jeszcze jako mała świnka, wyciągnięty z klatki, kiedy się czegoś wystraszył uciekał spowrotem do niej...przeciskając się przez pręciki... Wszyscy znosili mu trawkę i mleczyki. Kiedy Misiu podrósł dostał nową rezydencję- największą klatkę jaka była dostępna na rynku- dla królików. Z czasem dostał i braciszka- Bubiego. Potem doszły jeszcze myszoskoczki. Kochaliśmy Misia tak bardzo, że wszystkie zwierzaki były Misiaczkami. Nawet karmę dawaliśmy małym misiaczkom i dużym Misiaczkom.Misiu i Bubi żyli sobie w pełni szczęścia, do momentu, kiedy Misiu zaczął chorować. Niegroźnie. Misiu miał dwa guzki, tłuszczaki. W guzku gromadził się tłuszcz, który trzeba było wygarniać... Z czasem jeden się wchłonął, ale pojawił się kolejny. Te nowe dwa guzki były łatwiejsze- tłuszcz gromadził się pod skórą, nie pękały, nie trzeba było ich czyścić. Można było je wyciąć, ale istniało ryzyko, że nie przeżyje narkozy, którą świnki bardzo źle znoszą. Nie zgodziliśmy się.Przez dwa lata żył sobie z tymi guzkami. Nie przeszkadzały mu wcale w normalnym funkcjonowaniu. Kiedy Misiu przestał jeść pobiegliśmy do weterynarza. U świnek często następuje przerost zębów i trzeba je przycinać. Nie wiele to jednak dało. Misiu buł słaby, bardzo schudł. Trzeba go było karmić przez strzykawkę co 3-4 godziny.Trzeba było mu masować brzuszek, pobudzać jelita, i wyciągać kupki.Musiał spać w transporterce, opatulony kocykiem, bo w klatce się kiwał i padał na boczek albo na buźkę. Kiedy Sławek zrozpaczony zawołał mnie rano, mówiąc, że Misiu nie przełyka, popędziłam zaspana sprawdzić co się dzieje. Misiu konał. Nie pomogła duża dawka witaminy C. Nie pomogło masowanie języczka. Misiu miał ściśnięte gardełko. Odchodził. Przestałam go męczyć. Patrzył na nas leżąc u Sławka na boczku. Wyciągnął do mnie łapkę, którą musiałam trzymać. Pożegnaliśmy go z braciszkiem i z naszym pieskiem. Kiedy Misiu dostał konwulsji zapłakany Sławek oddał mi go na ręce. Masowanie serduszka nic nie dało. Misiu umarł mi na rękach.
Po konsultacji z obecną Panią weterynarz doszliśmy do wniosku, że poprzednia, dwa lata temu, zbytnio zasugerowała się pierwszym tłuszczakiem. Następne guzy, to już najprawdopodobniej był rak. Ostatnie problemy Misia to już były przerzuty. Gdybyśmy wiedzieli wcześniej... Nasza obecna Pani dr ma specjalizację w anestezjologii małych zwierzątek... Można było Misia uratować. Teraz sobie wyrzucamy, że nie skonsultowaliśmy tych guzów z inny  lekarzem. Że Misiu umarł przez nas... Pochowaliśmy go w lesie, wbrew prawu, wg którego powinniśmy Misia zutylizować. Nadal nie rozumiemy dlaczego prawo w Polsce jest tak bezduszne.
Od śmierci Misia w domu zrobiło się cicho i smutno, jakby wszyscy zrozumieli co się stało. Tylko kociaki szalały jak zwykle. Bubi pierwszego dnia po pochowaniu Misia piszczał i chrumkał tak, jak zwykle kiedy się z nim bawił. Drugiego dnia zaczął mniej jeść.Trzeciego zamilkł. Leży smutny, nie chcąc się z nami bawić, nie chcąc jeść... Wszyscy mówią,żeby dokupić mu drugą świnkę. Nie chcemy. Chcemy walczyć o tę jedną, która nam jeszcze została. Misia nie zastąpi żadna inna świnka, a Bubi ma nas...
Tutaj ostatnie zdjęcia Misia z Bubim, kiedy jeszcze był zdrowy. Zdjęcia miały być dla Przemka, do obrazka Olimpii. Ale wysiadł mi komputer, więc nie poszły... Jedyne zdjęcia Misia, jakie mam...




czwartek, 5 lutego 2015

Pierwszy raz...

Niestety bez zdjęć, bo walczę z komputerem już od dłuższego czasu, teraz mi wysiadł czytnik do kart... Wczoraj był jeden z tych przełomowych dni, które się pamięta na zawsze... Po ostatnim remoncie kuchni mamy zupełnie inny rozstaw mebli i sprzętu, lodówka stoi obok zlewu, z drugiej strony okno... No ja wiem, ciężko sobie to wyobrazić, więc wrzucam pierwsze lepsze zdjęcie z googla ....


U mnie co prawda nie ma takich wypasionych mebli... układ musi niestety pozostać przez jakiś czas ze względu na podłączenia zlewu i gazu i wyburzenie jednej ściany w kuchni, z której robimy barek... No, ale nie o tym miało być... Wlazłam do tej kuchni, podchodzę do zlewu, żeby umyć talerz i .... widzę Furię śpiącą na lodówce... Pierwszy raz :) pogłaskałam, otworzyła oko z miną 
-Ale o co Ci chodzi kobieto, ja tu już od dawna umiem wchodzić.....
Stałam jak oczarowana... Moja duma... Moje słońce wlazło sobie tak wysoko :) I nawet umiało zejść :) Po górnym rzędzie szafek i po tym jeszcze nie skończonym barku, bo co się będzie rozdrabniać na chodzenie po niższych meblach.... Niby nic szczególnego, bo przecież u kota to normalne... Ale aż mnie szczęście rozpiera, bo widziałam to pierwszy raz....