niedziela, 15 lutego 2015

Jeden mały Miś , a taka wielka pustka...

Przez ostatnie tygodnie było ciężko. Nie chciałam pisać, bo to zupełnie nie na temat bloga. Znajomi jednak prosili o różne informacje. A i ja już uznałam, że czas na zmiany. Wahałam się głównie z tego powodu, że założyłam bloga głównie dla moich kotków. Ale zakładać dwa kolejne tematyczne blogi, a nawet dodatkowo jednego ogólnego i prowadzić dwa, uznałam za zbyt meczące. Nie ukrywam, że moja decyzja oparła się głównie na argumentach doświadczonego już blogera. Z dniem dzisiejszym więc oświadczam, że będzie to już blog wielotematyczny.
Dzisiaj będzie o Misiu.
Miś pojawił się w naszej rodzinie, kiedy byłam jeszcze panienką. Cudowna, czarno-biała świnka morska. Mąż- wtedy jeszcze chłopak- kupił ją na targu zwierząt. Był identyczny jak jego poprzednia świnka, z którą był niesamowicie zżyty. Miał ją 12 lat. Miś nie dostał imienia- został na zawsze Misiem- ukochanym pupilkiem Sławka, niesamowicie inteligentną świnką, którą uwielbiał każdy kto miał z nią styczność. Jeszcze jako mała świnka, wyciągnięty z klatki, kiedy się czegoś wystraszył uciekał spowrotem do niej...przeciskając się przez pręciki... Wszyscy znosili mu trawkę i mleczyki. Kiedy Misiu podrósł dostał nową rezydencję- największą klatkę jaka była dostępna na rynku- dla królików. Z czasem dostał i braciszka- Bubiego. Potem doszły jeszcze myszoskoczki. Kochaliśmy Misia tak bardzo, że wszystkie zwierzaki były Misiaczkami. Nawet karmę dawaliśmy małym misiaczkom i dużym Misiaczkom.Misiu i Bubi żyli sobie w pełni szczęścia, do momentu, kiedy Misiu zaczął chorować. Niegroźnie. Misiu miał dwa guzki, tłuszczaki. W guzku gromadził się tłuszcz, który trzeba było wygarniać... Z czasem jeden się wchłonął, ale pojawił się kolejny. Te nowe dwa guzki były łatwiejsze- tłuszcz gromadził się pod skórą, nie pękały, nie trzeba było ich czyścić. Można było je wyciąć, ale istniało ryzyko, że nie przeżyje narkozy, którą świnki bardzo źle znoszą. Nie zgodziliśmy się.Przez dwa lata żył sobie z tymi guzkami. Nie przeszkadzały mu wcale w normalnym funkcjonowaniu. Kiedy Misiu przestał jeść pobiegliśmy do weterynarza. U świnek często następuje przerost zębów i trzeba je przycinać. Nie wiele to jednak dało. Misiu buł słaby, bardzo schudł. Trzeba go było karmić przez strzykawkę co 3-4 godziny.Trzeba było mu masować brzuszek, pobudzać jelita, i wyciągać kupki.Musiał spać w transporterce, opatulony kocykiem, bo w klatce się kiwał i padał na boczek albo na buźkę. Kiedy Sławek zrozpaczony zawołał mnie rano, mówiąc, że Misiu nie przełyka, popędziłam zaspana sprawdzić co się dzieje. Misiu konał. Nie pomogła duża dawka witaminy C. Nie pomogło masowanie języczka. Misiu miał ściśnięte gardełko. Odchodził. Przestałam go męczyć. Patrzył na nas leżąc u Sławka na boczku. Wyciągnął do mnie łapkę, którą musiałam trzymać. Pożegnaliśmy go z braciszkiem i z naszym pieskiem. Kiedy Misiu dostał konwulsji zapłakany Sławek oddał mi go na ręce. Masowanie serduszka nic nie dało. Misiu umarł mi na rękach.
Po konsultacji z obecną Panią weterynarz doszliśmy do wniosku, że poprzednia, dwa lata temu, zbytnio zasugerowała się pierwszym tłuszczakiem. Następne guzy, to już najprawdopodobniej był rak. Ostatnie problemy Misia to już były przerzuty. Gdybyśmy wiedzieli wcześniej... Nasza obecna Pani dr ma specjalizację w anestezjologii małych zwierzątek... Można było Misia uratować. Teraz sobie wyrzucamy, że nie skonsultowaliśmy tych guzów z inny  lekarzem. Że Misiu umarł przez nas... Pochowaliśmy go w lesie, wbrew prawu, wg którego powinniśmy Misia zutylizować. Nadal nie rozumiemy dlaczego prawo w Polsce jest tak bezduszne.
Od śmierci Misia w domu zrobiło się cicho i smutno, jakby wszyscy zrozumieli co się stało. Tylko kociaki szalały jak zwykle. Bubi pierwszego dnia po pochowaniu Misia piszczał i chrumkał tak, jak zwykle kiedy się z nim bawił. Drugiego dnia zaczął mniej jeść.Trzeciego zamilkł. Leży smutny, nie chcąc się z nami bawić, nie chcąc jeść... Wszyscy mówią,żeby dokupić mu drugą świnkę. Nie chcemy. Chcemy walczyć o tę jedną, która nam jeszcze została. Misia nie zastąpi żadna inna świnka, a Bubi ma nas...
Tutaj ostatnie zdjęcia Misia z Bubim, kiedy jeszcze był zdrowy. Zdjęcia miały być dla Przemka, do obrazka Olimpii. Ale wysiadł mi komputer, więc nie poszły... Jedyne zdjęcia Misia, jakie mam...




7 komentarzy:

  1. :(
    smutne...
    myślę, że z tych obrazków olimpia też mogłaby coś narysować...
    w sumie pamiątka chociaż jakaś.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiesz jak to jest... Człowiek sobie myśli "a tam, zrobie inne. Wyciagnę je z klatki na kocyk...'', ale... nie zdążyłam :-(

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie roztrząsajcie...I tak Wam ciężko...

    OdpowiedzUsuń
  4. oj prawda gordyjko, prawda...

    OdpowiedzUsuń
  5. Cieszę się, że ruszyłaś bloga. Rozmawialiśmy o tym więc tu nie będę przytaczał co i jak. Dla mnie oprócz tego, że blog jest kroniką moich podopiecznych, dla samego siebie stanowi jaką taką formę może nie terapii ale i wyżycia się słownego, możliwością podzielenia się różnymi tematami, czasem "wyplucia" tego co dręczy gdy nie zawsze można lub jest w realu z kim i do kogo. O świniaczku Miśku wiem, tu szczególne uściski dla Twego mężczyzny. Olimpia już pakuje obrazek do wysłania - jest śliczny.

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo dziękujemy Przemku, ja szczególnie- za wszystkie dobre rady.

    OdpowiedzUsuń
  7. Żal że musimy żegnać przyjaciół.ściskam.

    OdpowiedzUsuń