środa, 9 września 2015

Zuzia- laleczka nieduża...

   Wyjazd na Dolny Śląsk był nieunikniony. Trzeba było załatwić całe mnóstwo spraw związanych z wykupieniem Tatowego mieszkania, podjąć całe mnóstwo ważnych decyzji, dopilnować trwającego remontu i znaleźć opiekunkę dla moich kotków. Rozstanie z nimi też było nieuniknione od czego od samego początku trafiał mnie szlag i jechałam pod przymusem. Opiekunka musiała być sprawdzoną kociarą i do tego najlepiej bezdzietną. Totuś nie lubi dzieci odkąd synek mojego znajomego zaczął chodzić.Maks więc odpadał w przedbiegach, w dodatku był na walizkach bo miał wyjeżdżać lada moment za granicę, nie wiadomo dokładnie było kiedy to miało nastąpić, jego żona miała wyjeżdżać na ślub no i w dodatku mieli te nielubiane przez Totusia dziecko. I psa. Psa, którego nie znał ani Totuś ani Furia, psie dziecko właściwie, które zabierali ze sobą wszędzie i pewnie przyszli by z nim
 ( i z dzieckiem) karmić moje koty. Odpadało w przedbiegach. Jak się potem okazało- słusznie- Maks dostał telefon i wyjechał na dzień przed moim powrotem z Dolnego Śląska. Gabrysia- moja ukochana przyjaciółka, skończyła już sześćdziesiątkę i nie miałam ani prawa ani sumienia obarczać jej włażeniem na czwarte piętro, schylania się do miseczek i czyszczenia kocich kuwet. Nie, Gabrysię postanowiłam oszczędzić. Edyta była idealna. Zapalona kociara, bezwzględnie pedantyczna na tle porządków, młoda, bezdzietna, bez zwierząt bo właścicielka wynajmowanego mieszkania nie pozwalała... Tak... Z Edytą o moje kotki byłam spokojna. Też się potem okazało, że słusznie, po powrocie miałam w chacie taki błysk, że się czułam jak w hotelu... Mimo wszystko nie zmieniało to faktu, że miałam być dwa tygodnie poza domem. Moje kotki miały być dwa tygodnie z Edytą, ale Edytę znały mało, no i były beze mnie. Nigdy na tak długo jeszcze ich nie zostawiałam....
     Przed wyjazdem zapchałam kocią szafkę na umór tak, żeby na pewno niczego im nie zabrakło.Zdałam sobie jednak sprawę z tego, że tak naprawdę to ja mam problem. Nie wiedziałam jak wytrzymam te dwa tygodnie bez moich skarbów. Spędzałam z nimi każdą wolną sekundę. Im bliżej było do wyjazdu tym bardziej olewałam niezbędne czynności w domu by spędzić z nimi jak najwięcej czasu. Ostatniego dnia już nie dało się zwlekać. Musiałam ogarnąć całą chałupę, spakować rzeczy i przygotować szafkę na rzeczy Edyty.
   Że ona mnie nie miała dość to ludzkie pojęcie przechodzi. Co rano, zaraz po przebudzeniu pytałam o moje kotki bez względu na to która była godzina. Komitywa między nimi doszła do tego stopnia, że Furia którejś nocy przyszła spać do niej do łóżka. Zabawy trwały bez końca. Pokochali się wzajemnie wszyscy :) Któregoś razu dostałam MMSa:

 a później następnego:


    
    W domu Taty też są dwa koty i pies. Jednak od pierwszego kopa to Zuzia zdobyła moje serce. Choć ciągle wydzwaniałam do Edyty z informacjami co u moich kotków Zuzia w dużej mierze pomagała mi w rozłące.





  Była przymilną kotką , wg Taty - pięciomiesięczną, uwielbiała kiedy się ją głaskało, ale kiedy brało się ją na ręce wyła wniebogłosy. Na początku wydawało mi się, że to ze względu na to, że mnie nie zna i nie jest do mnie przyzwyczajona. Niestety prawda okazała się dużo gorsza. 
   Któregoś dnia poszła do kuwety. Kiedy wylazła odruchowo chciałam posprzątać. W kuwecie była krew. Nie zastanawiając się nawet sekundy chwyciłam za telefon. Ale byłam w małym mieście, gdzie weterynarzy było niewielu, a niektórych znałam jeszcze z czasów kiedy tam mieszkałam i wiedziałam, że nie do każdego bym z nią poszła. W dodatku była sobota. 18:50.  Trzy pierwsze telefony napełniły mnie rozpaczą.  Czwarty okazał się udany. Choć z oporami , ale weterynarz zgodził się przyjechać do swojej kliniki po godzinach.
Pan doktor obadał Zuziunię. 
- Jak ma na imię?
-Zuzia...
- No piękna kotka. Jak w tej piosence " Zuzia lalka nieduża". I nawet oczy ma jak 5 zł...
Popatrzył na mojego Tatę:
- Coś Pan nie trafił z tym wiekiem. Zuzia jest w ciąży niestety obawiam się, że trwa akcja poronna...
Serce mi zamarło.
Mój ojciec nie zdawał sobie sprawy jak bardzo to jest niebezpieczne. Miał do zwierzaków podejście zgodne z rocznikiem 1945.
Zuzia dostała leki przeciwkrwotoczne i całą masę jakichś leków.
Następnego dnia w dzień było dobrze. Niestety wieczorem, o 20:00 znowu było źle. Kot mi leciał przez ręce. Weterynarz nie odbierał. Ojciec szalał.W aptece kupiłam glukozę i poiłam ją strzykawką całą noc, żeby tylko dotrzymała rana. Rano nie odbierał żaden weterynarz w mieście. Nasze auto stało u mechanika. Na szczęście do miasta przyjechał kolega męża. Wsadziliśmy Zuziunię w kontenerek i pojechaliśmy do pobliskiego miasta. Pan doktor obejrzał kotunię:
- Musimy ją wysterylizować. płody są już martwe. Musimy ratować matkę. 
Trzęsłam się ze strachu całą operację. Kiedy ją odbierałam lekarz standardowo wyklepał formułkę, którą wszyscy kociarze znają na pamięć. Że dzisiaj tylko ma pić a jutro może już jeść. Zuzia nie chciała ani pić ani jeść. Dostała żółtaczki. Następne dni wypełniły kroplówki, antybiotyki, nieprzespane noce bo bałam się zasnąć i strach jakiego rodzaju jest ta żółtaczka. Badania kazałam zrobić na wszystko. Ale na te najważniejsze trzeba było czekać do poniedziałku, a ja wyjeżdżałam w piątek...
Na dwa dni przed odjazdem Zuzia już czuła się lepiej, a i żółtaczka jakby odpuszczała. Weterynarz był ostrożnie optymistycznie nastawiony.

W dniu odjazdu Zuzia jeszcze brała antybiotyki, ale już wzgardziła swoim transporterkiem i przeniosła się na okno.



Wyniki wyszły ujemne. Zuzia jest zdrowa w każdym calu :) Wyżyła moja kochana koteczka, choć niestety dzieci nie udało się uratować.... Cały czas wyrzucam sobie, że może gdybym zareagowała od razu, gdyby mnie zastanowiło dlaczego tak straszliwie miauczy kiedy się ją bierze na ręce, może maluchy by przeżyły... Niestety, Zuzia już nigdy nie zazna macierzyństwa i nawet nie chcę myśleć co się działo przez cały ten czas w jej ślicznej kociej główce... 

  Choć remont trwa nadal, od mojego wyjazdu minęło już półtora miesiąca. Zuzia doszła do siebie i nadal codziennie rano budzi mojego ojca punktualnie o 3 rano na kocie sniadanko :) Mój Tata przestał oszczędzać na kotach co wpłynęło pozytywnie zarówno na Zuzię jak i drugiego kocurka- Bobusia.Nauczył się, że czasem warto mniej a lepiej. Niedawno mąż był na Dolnym Śląsku po raz kolejny. Przeprowadził inspekcję wszystkich zwierzaków. Na szczęście pozytywną. Przywiózł mi nawet filmik na którym mój Tata bawił się z Zuziunią, który wrzucę jak tylko zgram z jego telefonu. Moja Zuzia żyje. I to jest najważniejsze...



Filmik dorzucony. Jeszcze nie umiem dobrze ustawić muzyki do długości filmiku. Ale jak się nauczę to podmienię filmiki ;)

5 komentarzy:

  1. Witam :)
    strata kociaków Zuzi była na pewno ogromnym ciosem. Sama ostatnio miałam sytuację podobną, tylko odwrotną. Naszą roczną kotkę, która dopiero co zdążyła się okocić potrącił samochód. Zostawiła nam 4 małe kociaki, które wykarmiliśmy z chłopakiem na butelce. Smutek pozostaje, ale codziennie rano kiedy budzą nas 4 trzymiesięczne pociechy, mamy świadomość, że nie robiliśmy tego dla siebie, ale właśnie dla naszej Mango :)
    Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do mnie! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Boże kochany, jakie nieszczęście :( Będę zaglądać i obserwować ja się pociechy mają.

      Usuń
  2. Jaka ta Zuzia podobna do mojej Mozart! :)
    Moją kicię wysterylizowałam jak to było tylko możliwe, nie dałabym rady zajmować się gromadką kociaków, a to kotka wychodząca. Współczuję Ci i jej tego wszystkiego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że nie zauważyłam wcześniej? Masz racje, że podobne :)
      Teraz będzie sterylizowana moja Furia i strach mnie ogarnia potworny.

      Usuń
  3. Dobrze że byłaś w odpowiednim czasie u Taty i że udało się uratować Zuzię . No i najważniejsze - nie grożą jej kolejne niechciane mioty ...

    OdpowiedzUsuń