niedziela, 18 października 2015

Miłość niejedno ma oblicze...

Początków ta historia miała co najmniej dwa.
Zaczęło się od tego, że w sklepie zoologicznym chciałam kupić ulubioną zabawkę moich kotów, której nie było. Ekspedientka namówiła mnie na białą myszkę i suszoną  kocimiętkę. Dołożyłam do tego smycz do szelek. I zapytałam o trawę w dropsach. Reakcja faceta za mną przeszła wszystko. Ekspedientka wybuchnęła śmiechem. Facet nie wytrzymał:
- No co, jakieś zioło, biała mysz, kawałek sznurka i jeszcze o trawę w dropsach pani pyta...
Przez chwilę miałam ochotę zapytać faceta, gdzie on tam widzi białą myszkę...
Przy zakupach dla moich zwierzaków często zdarzają się takie sytuację, zdążyłam się więc już niejako uodpornić. W innym sklepie przez jakiś czas hitem był tekst:
- To dla pani?
- Nie, dla kota...
                                                                                    ***   ***    ***

Ta mięta Joanny nie dawała mi spokoju.Pachniała mi pod nosem i ciągle czułam jej smak. Pamiętna akcji w zoologicznym wysłałam esemeska :
"Myślisz, że jakbyś spakowała w kopertę trochę miętki i mi wysłała to by nas nie zamknęli?".
Joasia podjęła ryzyko.
Nie doceniłyśmy jednak zdolności Poczty Polskiej...
Między mną a Asią jest jakieś czterysta kilometrów z hakiem. Jakieś 5 godzin drogi autem.
Przesyłka została nadana w poniedziałek. Przyzwyczajona, że listy z reguły idą do mnie w trybie ekspresowym, maksymalnie 2 dni z drugiego końca Polski, w środę zaczęłam warczeć na skrzynkę. W czwartek śmiałam się do Joasi, że ktoś mi ukradł przesyłkę i teraz siedzi i chleje moją miętkę.W piątek w pracy bardzo poważnie zaczęłam się zastanawiać, czy nam tej koperty jednak nie prześwietlili i nie pomyśleli, że to marycha... 
Otwierając skrzynkę po pracy wyciągnęłam dwie koperty ze swoimi danymi. Już wiedziałam co było w tej drugiej....

                                                                                     ***  ***  ***

Ten drugi początek zaczął się od grypy. Już w tygodniu, bez żelaznego zestawu w pracy mogłam pomarzyć o jako takim funkcjonowaniu. W weekend postanowiłam się więc porządnie wygrzać w domu.
Pod warstwą dwóch kołder i koca, nasmarowana rozgrzewającą maścią zdychałam z przejmującego zimna. Wytoczyłam więc ciężkie działa. Gorąca kąpiel, termoaktywna piżamka i grube skarpety z wełenki, które przywiozłam z Dolnego Śląska z wizyty u mamy, w czasie której dzieliłyśmy skarby z pudełka od cioci Joli, pozwoliły mi wygrać tę nierówną walkę. Nierówną dla grypy oczywiście ;)
W trakcie tego chorowania jednak zdałam sobie sprawę, że moje cudownie ciepłe skarpetki mam w ilości sztuk jeden. Od nieszczęścia uchroniła mnie druga para, tym razem narciarskich skarpet, które dostałam w prezencie od mamci.To już nie było to samo, ale zawsze były lepsze od zwykłych... Nie namyślając się zbyt długo odpaliłam tableta, wlazłam na facebooka, odpaliłam wiadomość do cioci Joli i zaczęłam skomleć o drugą parę. No niech mam na zmianę chociaż.... 
W trakcie mojego chorowania, na zdjęciach profilu cioci obserwowałam powstawanie moich skarpetek z cudownej owczej wełenki... 

                                                                                   ***   ***   ***

    Tak wyglądała zawartość moich dwóch przesyłek, z których cieszyłam się jak dziecko. Zapach jaki roztaczał się wokół nich aż nam kręcił w nosach, bo sam zapach prawdziwej mięty z ogródka zrobił swoje, a ciocia wyprała skarpetki w swoim ulubionym płynie do płukania, który mam w planie odszukać na sklepowych półkach.
I może ktoś pomyśli "siara". "Kto w tych czasach nosi takie skarpety". "To już stare i niemodne". I niech sobie myśli co tam jeszcze sobie chce. Wszem i wobec oznajmiam, że dla mnie są to najcudowniejsze skarpetki pod słońcem. Robione ręcznie, z serca, z miłości, specjalnie dla mnie. Naznaczone domem pełnym miłości, kocim futerkiem, ulubionym fotelem cioci, parą drutów, kłębkiem wełny i poświęconym specjalnie dla mnie czasem. Nie potrzebuję większego dowodu miłości. Dziękuję ciociu :*

   Tego wieczoru zaparzyłam miętkę celowo w przezroczystym kubku,żeby cieszyć się również jej widokiem i zamykając oczy ze szczęścia rozpamiętywałam wieczór u Joanny. Możecie się śmiać, ale zaczynam doceniać piękno takich chwil. Miłość mojej rodziny. Miętę od Joanny. Skarpetki od cioci i mamy. Bluzę, którą mój mąż specjalnie ściąga, i którą mi oddaje by było mi cieplej. To wszystko sprawia, że czuję się kochana i bezpieczna. Jestem dla nich ważna tak samo, jak oni są ważni dla mnie. I to jest piękne. Dziękuję kochani :*
Dziękuję za to, że jesteście...

3 komentarze:

  1. Oj ,Madziu TY nasz super-zmarżlaku ! Ciesze sie,że mięta i skarpety kojarza Ci sie ze spokojnymszczęśliwym domem pełnym kochanych ,bliskich sobie ludzi...ciocia Jola szykuje Ci nowe ocieplajace prezenciki...A ja ,coz mogę ci dać ? tylko siebie....i choć dzieli nas całe pokolenie , ale połaczyła ta niewidzialna nitka zrozumienia,tolerancji i intuicji.Ciesze sie,że mamy u siebie kogos takiego jak ty,osóbkę jedna jedyną w swoim rodzaju,Szkoda,że tak daleko.....ale sa na szczescie telefony i skype !Podpisze sie jako anonim ale wiesz,że to ja...

    OdpowiedzUsuń
  2. Och mamuś... aż się wzruszyłam...Dałaś mi Sławka i do końca życia będę Ci wdzięczna za życie, które stworzyłaś. Tak, wiem, że to Ty. I wcale nie tylko siebie mi dajesz. Ja widzę te chwile kiedy idziesz na zakupy i trybiki w Twojej głowie pracują na zasadzie "O, Madzi by się spodobało " a potem to ląduje w mojej szafie ;-) dostrzegam, że nawet kiedy robisz zakupy to bierzesz zawsze to co lubie. Kiedy się budzę zawsze idziesz robić kawusie bo wiesz, że bez niej nie funkcjonuję i śniadanie, żebym na pewno coś zjadła. I tylko Ty potrafisz tak bardzo o mnie myśleć, że robisz kawę dla siebie i dla mnie,rozmawiając ze mną przez telefon, mimo, że jestem w tym momencie w innym mieście. Tylko Ty nadajesz świerzo urodzonej krówce moje imię. I to Ty jesteś moją przyjaciółką i zawsze stoisz za mną murem. Nie musisz nic więcej. Po prostu bądź. Taka jaka jesteś -moja :-*

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale mi radochę sprawiłaś,tyle miłych słów na mój temat:). Aż się zarumieniłam :),dziękuję.Wiesz wlazłam bez zaproszenia do Waszego salonu,bardzo mi się podoba,Twój kącik dumania,bardzo przytulny:).no i te kociaki obok stołu,fajnie baraszkują.Zwierzaczki,kwiaty,książki ...to jest całe ciepło domowego ogniska...i stare meble,takie,które,gdyby mogły opowiadać,to ho!ho! Za oknem pogoda którą uwielbiam....szaro,mglisto.Wskakiwać w kalosze i łazikować po miedzach.Jeszcze raz dziękuję:))

    OdpowiedzUsuń