czwartek, 1 października 2015

Pod znakiem Czarownicy z Wilczej Góry

   Joanna. Człowiecze wcielenie wilczycy. Czarownica najwyższego stopnia. Wariatka. Kwintesencja ludzkiej (nie)doskonałości. Joanna. Moja przyszła szwagierka.
   Są ludzie, których spotyka się po raz pierwszy i zmieniają nasze życie. I tak też było z Joanną. Jeśli istnieje jakieś poprzednie życie, to na pewno się w nim znałyśmy. Od pierwszego kopa nie miałyśmy problemów z komunikacją.Zanim się jeszcze tak naprawdę poznałyśmy, byłyśmy już właściwie  zakumplowane. Z Joanną wszystko jest inne. Moja pierwsza wizyta u niej zupełnie nie trzymała się standardów gościnności.I żebyście mnie nie zrozumieli źle- to nie tak, że jest niegościnna. Po prostu ja, a właściwie my - bo byliśmy tam we trójkę z mężem i mamą nie czuliśmy się jak goście. Ot, jakby się było u siebie. Na samym wejściu pokazała nam salon i kazała rzucić kurtki "tam gdzieś", co potraktowałam całkowicie dosłownie. Rzuciłam kurtkę za siebie na fotel, torebkę na podłogę, nie przejmując się zupełnie tym, że pewnie zwróci mi uwagę, że nie kładzie się torebek na ziemi. Ucieszyłam się, kiedy na ten temat  nie zająknęła się ani słowem . Usiłowała wyrzucić psy z pokoju, co jej kompletnie nie miało prawa wyjść przy takich psiarzach jak Sławek i mama. Wygrali bezkonkurencyjnie. Rozsiadłam się przy ławie, którą kompletnie zawaliłyśmy papierami. W porzuconą na podłodze torebkę, mordę wepchnął pies. Wielka czarna bestia z charakterem baranka o imieniu Nergo, co udało się zapamiętać tylko dlatego, że od razu go przechrzciłam na Nergala. Szukał zapewne przysmaków, którymi przesiąknęła moja torba, a w której noszę coś zawsze na " do widzenia" i " wróciłam" dla moich kotków. Spóźnił się biedaczek, Furia z Totusiem zeżarli wszystko. W pokoju było istne pobojowisko. Zastanawiałam się co ona sobie myśli. Psy szalały a nam to kompletnie nie przeszkadzało. Uwierzyła, że u nas to normalne czy myślała, że my tak z grzeczności nie reagujemy? Bo przecież nie wiedziała jeszcze, że u nas dwa koty, pies, świnka morska, myszoskoczek...
Nie chciało mi się wysilać na uprzejmości. Już dawno przestałam się podkładać pod ludzi. Mnie się albo lubi, albo nieznosi, I kompletnie mnie nie interesuje co kto o mnie myśli. Nie udawałam innej niż jestem, ale chyba się tym nie przejęła, bo odniosłam wrażenie, że ona też nie udaje, tylko po prostu jest sobą. W przedpokoju jakaś życiowa ciamajda robiła jej zabudowę wnękową raz po raz waląc łbem o ściany. Przeszło mi przez myśl, że ja bym gościa wywaliła. Zaraz potem się zdziwiłam, bo pomyślałam że ona też i zastanowiło mnie co on tam jeszcze robi. Zagadka się wyjaśniła kiedy się okazało, że to jakiś znajomy rodziny. No cóż. Czasem się człowiek musi męczyć dla dobra ogółu.Takie życie.
Wieczorem byliśmy u nich na.... w sumie nie wiem czym.Kolacji chyba bo było dużo żarcia i nawet Sławek nie marudził choć 3/4 składało się z produktów, których zwykle nie jada. Ucieszyłam się. W przeciwieństwie do mnie jest dobrze wychowany, zeżarł i teraz przynajmniej wie, że dobre. I spodobało mi się to, że zrobiła to co sama lubi i nie usiłowała dopasować się do nas.
Przed tym kolacyjnym spotkaniem jakimś cudem zdążyła posprzątać. Żadnego najmarniejszego nawet kłaczka. Psiaki spały grzecznie na dywanikach. Coś tu było ewidentnie nie w porządku. Miało być po domowemu. Sławek jako kierowca nie mógł pić, więc Joanna nastawiła wodę na herbatę strasząc go miętą z własnego ogródka. Haha już widziałam minę Sławka pijącego te pływające farfocle z mięty :) Poleciałam za nimi wyżebrać jej trochę dla siebie, mimo pełnego kieliszka wina stojącego już na stole.
Siadając z powrotem z tą miętą przesunęłam fotel, żeby sięgnąć po coś co stało za nim i.... odetchnęłam z ulgą. Za fotelem były kłaczki. Kamień spadł mi z serca. Sprzątała pobieżnie. Jak ja. Nie była jakąś maniaczką czystości i nie miała jobla na tym punkcie. Nie znoszę ludzi, którzy latają ze szmatą dla byle pierdoły. Na szczęście ona była normalna. Rozsiadając się z tą herbatą mlasnęłam z zachwytu. Zauważyła. Ja też zauważyłam, że zauważyła. Wymieniłyśmy spojrzenia na zasadzie  "myślałaś, że udaję, że lubię miętę?!?" ," super, że Ci smakuje i nie udajesz, że lubisz". I pewnie pomyślicie, że zwariowałam. Absolutnie nie. Z Joanną się porozumiewa na poziomie komórkowym. Słowa wibrują w powietrzu, nie trzeba ich nawet wypowiadać.
Wieczór przegadaliśmy o wszystkim. W tle grał sobie telewizor, zapewne na wypadek, gdyby nie było o czym gadać. Ucieszyłam się, że o tym pomyślała. Stworzyła klimat, w którym każdy czułby się nieskrępowany, nie zauważając niezręcznej ciszy gdyby takowa zapadła. Wiedziałam, że przy niej to niemożliwe, jednak miło mi było, bo pewnie zrobiła to odruchowo, nawet się nad tym specjalnie nie zastanawiając. Podświadomie dbała o to, by ludzie w jej towarzystwie czuli się dobrze.
W pokoju Joanny czuło się smak, który mnie niestety nie wychodzi nawet kiedy próbuję odgapiać z projektów. Jest urządzony tak, żeby czuła się w nim dobrze. Wszystko co się tam znajdowało krzyczało nią. Każdy detal opowiadał o niej. Stosy książek na regale. Aparat zostawiony na wierzchu. Ramka z napisem w stylu " Jeśli masz psa jesteś bogata". Pusty stolik rtv czekający na zagospodarowanie. To nie był zwykły pokój.  Ale ona nie jest zwykłą dziewczyną. Nie wiem, w którym momencie zrozumiałam, że ją kocham. Nie wiem, w którym momencie zrozumiałam, że odkąd się pojawiła wszystko się zmieniło. Przy niej i bez niej nic nie jest takie samo. Człowiek ma ochotę zrobić krzywdę każdemu, kto spróbowałby ją nam odebrać. I wtedy zrozumiałam słowa z obrazka, który mnie ostatnio prześladował. Było na nim coś w stylu, że dusza w niebie dzieli się na dwie części by na ziemi znaleźć swoją drugą połowę. I to jest historia Joanny. Mieliśmy to szczęście, że znaleźli się z Witkiem, bo ona od zawsze należała do naszej rodziny. Jest nasza tak bardzo, że złapałam się na tym, że kiedy widziałam Witka samego pytam go z wyrzutem w głosie gdzie jest Aśka. Bo jak to tak łazi bez niej po mieście. I kiedy odpowiadał banalne" w pracy jest pewnie" uświadamiam sobie, że przecież o tym wiedziałam a jednak dotkliwie odczuwałam jej brak. Tak jakby bez niej Witek nie był "kompletny" jeśli rozumiecie co mam na myśli. Tak jakby nasza rodzina dopiero teraz była w komplecie. Zupełnie nie rozumiem jak, a jeszcze bardziej kiedy, ale Joanna swoją osobą sprawiła, że wszyscy razem i każdy z osobna- jesteśmy szczęśliwsi. Wracając do domu w tym deszczu i zachodzącym słońcu już za nią tęskniłam. Brakowało mi tej magii, którą wytwarzała. Tej (nie)zwyczajności przebywania z nią. Ale dziś, kiedy minęło już kilka dni, zauważyłam, że to nie tak. Znajduje dla mnie czas, w każdej sekundzie kiedy jej potrzebuję. Pogadać, pożalić się, poradzić. Jest w każdym selfi na fejsie i w każdym komentarzu, który jest zachętą do zaczynania rozmowy. Nie wacham się użyć słów, że jest królową naszych serc. Taka śliczna, mała blondynka. Joanna. Skarb naszej rodziny. Nasza czarownica.


2 komentarze:

  1. Brak mi słów! Nikt, nigdy nie napisał o mnie w tak niesamowity sposób! Dziękuję! P.S. Ja też Was kocham. Wszystkich, bez wyjątku <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Madziu ! Nie potrafilabym lepiej opisać naszej czarującej czarownicy,Joanny...Tak...ona nalezy juz do nas,ma swoje miejsce w Siembilandii.Ona i Ty nadacie temu miejscu swoistą atmosfere pełna czarów,elfów i wróżek,,,Z tej krainy nie chce sie wracac do rzeczywistości....To wasza zasluga...

      Usuń