piątek, 12 lutego 2016

O walentynkach inaczej...

Zaczyna mnie męczyć komercjalizowanie walentynek. Bombardowanie reklamami z tysiącami możliwych prezentów bo to "ostatnia chwila na prezent", wzbudza już we mnie niesmak. Czy naprawdę w dzisiejszym świecie nie da się inaczej? Myślałam o tym ostatnio wyjątkowo intensywnie. Da się. Znam przynajmniej kilka kobiet, dla których walentynki to coś więcej niż kolejny prezent.
Asia, czekająca bardzo długo i cierpliwie z ukochaną córeczką Dominiką na powroty z morza swojego partnera.
Joanna , która swoje życie splotła z ratownikiem medycznym, który jest również w Ochotniczej Straży Pożarnej .
Ja- żona wojskowego na etacie kierowcy.
Renia i Zuzia, które niemal codziennie mijają się ze swoimi ukochanymi pracującymi na różne zmiany.
Jola, która obchodziła dopiero co rubinowe gody z mężem.
Gabrysia, która codziennie czeka na powrót męża pracującego w ochronie.
My wszystkie razem i każda z osobna na postawione pytanie " Czego sobie życzysz na walentynki" powiedziałybyśmy: Po prostu bądź...
Magia walentynek?
My takie walentynki mamy niemal codziennie, kiedy uświadamiamy sobie, że nasi męzowie czy  partnerzy,  mogą zwyczajnie nie wrócić z pracy, z morza, z kolejnej niebezpiecznej akcji, z trasy czy z pracy po prostu.
Fakt, miło jest oderwać się od codzienności, zjeść razem wyjątkowo przygotowaną kolację, dostać jakiś upominek czy jakiegoś kwiatka. Najważniejsze jednak jest to, że  jesteśmy razem. Że można się przytulić, zobaczyć radość na jego twarzy, że w końcu jest w domu, przy rodzinie...
Czy potrzeba do tego prezentów łapanych "w ostatniej chwili" ? Nie potrzeba. My rozumiemy, że nie mają jak, nie mają kiedy, mogli zapomnieć w ferworze pracy. My tę ich miłość czujemy w każdym spojrzeniu, w każdym oddechu, w zwykłych sytuacjach podczas szarej codzienności. Bo przecież nie prezent jest najważniejszy, tylko ta właśnie jedna osoba, która jest dla nas walentynką każdego naszego dnia, i której śmiało możemy powiedzieć po prostu bądź, bo jest dla nas najcenniejszym prezentem...

                             
                                 


czwartek, 11 lutego 2016

Wieczór. Leżę już w łóżku.
- Ła-u
- Co Totusiu?
-Ła-ła-łau
- Jak zjadłeś kolację, to więcej nie dostanieniesz, odchudzamy się. Wszyscy.
-Łałałaaaaau !
- Będę twarda nie wstaję. 
 Słyszę parsknięcie śmiechem Sławka w drugim pokoju, który gra na komputerze.
-ŁA ŁA ŁAUUUUUUU !!!!!
Nie reaguję spokojna o kwiatki, które przezornie ściągnęłam z parapetu....
 Aksamitna łapka mojego kota zaczęła coś przestawiać. Nasłuchiwałam zastanawiając się co on tam przesuwa. Wpadłam na to w momencie kiedy usłyszałam brzęk tłuczonego szkła. Momentalnie zerwałam się na nogi i popędziłam do kuchni zderzając się ze Sławkiem w przejściu.
-Miska poszła
Zobacz co z kotem- powiedzieliśmy jednocześnie
- Totuś, chodź tu skarbie, pokaż łapki... nic nie ma, no dobrze, to uciekaj stąd.
Przyglądałam się jak Sławek sprząta kuchnię.
- Nie wydaje Ci się, że coś mało tego szkła jak na taką dużą miskę? Wydaje mi się, że co najmniej połowy brakuje...
-W sumie... czekaj sprawdzę pod szafką.
Poza wymiecionymi kłakami pod szafką nie było już nic. Ciekawe....
- łłłłau?
- Daj temu kotu jeść....
- No przecież ma...
- To idź go przytul bo ja to zrobię...

Zaśmiałam się. W naszej rodzinie nie krzyczy się na zwierzęta. Na każde mamy "swój" sposób. Totuś akurat nie lubi się przytulać. No przecież jest dużym i dostojnym, dorosłym już kocurem. Co się będzie tulał jak kotka... Kiedy więc coś nabroi, skuteczną karą jest takie tulanie właśnie i tłumaczenie, że "tak nie wolno".

Chodź Totusiu, przytulimy koteczka.
- Czemu tak płaczesz? Bardzo lubiłam tę miskę. Dostałam ją od mamy....
-łau - miałknął rozpaczliwym głosem.
- Nie możemy tyle jeść, zobacz jak ładnie schudłeś, zobacz jak już wysoko skaczesz do wędki, zupełnie jak Furia, może nawet wyżej...
-łłłłłłłłaaaaaaaau
- Dobrze, to dam Ci mokrego, ale tylko pół saszetki. dobrze?
- łau
- Mój mądry koteczek....

Nałożyłam do miseczki trochę mniejsze pół i patrzyłam jak mój skarbuś wymiata resztki . Uspokoił się. Może zwyczajnie nie miał ochoty na suche. Jak na razie dieta przebiega nam bezproblemowo. Stopniowe zmniejszanie ilości jedzenia się sprawdziło. Na efekty trzeba trochę czekać i trochę to człowieka demotywuje, ale ja się uparłam. Teraz kiedy patrzę na moje figlujące szczęście jestem dumna z niego i z siebie ;) Bo przecież jeśli chodzi o kota, miłość nie trafia przez żołądek do serca, tylko przez spędzony razem czas i wpólne zabawy...

środa, 10 lutego 2016

Zmiana nazwy

Moi drodzy,
Koteckowe Zapiski  zostaną wkrótce połączone z moim drugim blogiem- Siembilandia ,
który teraz widać z boku, w zakładce"Moja strefa prywatna". Długo się zastanawiałam, czy nie zostawić tego tak jak jest, jednak zaczęłam łapać się na tym, że nie wiem na którym blogu publikować dany post, w związku z czym albo publikuję podwójnie, albo lekko zmienioną treść na drugim blogu, albo tekst mi ucieka zanim się go zdecyduję opublikować i zaniedbuję oba blogi jednocześnie. Siembilandia została stworzona, bym mogła pisać nie tylko o Furii i Totusiu, ale i moim życiu na co dzień, o tym co kocham, co lubię, o sprawach ważnych dla mnie. Siembilandia, to taki trochę mój drugi dom. Postanowiłam, że tam właśnie znajdzie się miejsce dla nas wszystkich - dla moich kotów- sensu mojego życia, centrum mojego świata i mojej wielkiej miłości i dla tych moich codziennych spraw, których dotąd nie chciałam poruszać na prywatnym blogu moich kociaków. Utrzymanie jednego miejsca w sieci, bez zastanawiania się gdzie mam publikować okazuje się dla mnie znacznie łatwiejsze, stąd też oba blogi będą pod jedną nazwą Siembilandia. 
Pomału rozpracowuję to technicznie, bo nie jest to dla mnie łatwe zadanie. W dalszym ciągu zastanawiam się czy przenieść Siembilandię do Koteckowych i zmienić nazwę, czy na odwrót...
W każdym razie nazwa bloga zmieni się na pewno, tyle tylko, że będziemy na nim wszyscy ;) Jak wszystkich technicznych nowości boję się okropnie. Ale wierzę, że dam radę, choć ostatnie kilka godzin usiłowałam przywrócić zdjęcia, które sama sobie "zniknęłam''... Trzymajcie kciuki...